Nawiążemy współpracę z: ginekolog, pediatra, dentysta, ortopeda, internista, laryngolog.
Zainteresowane osoby prosze o kontakt ewa@financialrepublic.org.uk lub tel. 07958573200

Archiwa kategorii ‘Psychiatra’


Zespoły urojeniowe, a alkoholizm

Autor: admin
17 kwietnia 2010

Charakterystyczne dla alkoholizmu są urojenia zdrady, tzw. Zespół Ottela, jednak obserwujemy także urojenia prześladowcze, niekiedy paranoidalne. Zespoły urojeniowe o typie parafrenii, o alkoholowej etiologii, to zaburzenia z reguły przewlekłe, z trudem poddają się leczeniu. W typowym obrazie obłędu zdrady chory śledzi partnera, szuka dowodów zdrady w rzeczach osobistych partnera, bieliźnie, torebce, telefonie. Każdy zachowanie, gest partnera może być dowodem, zachowania podejrzliwe eskalują, chory domaga się przyznania do zdrady, niekiedy dochodzi do tragicznych zabójstw z powodu choroby.
Ta psychoza bezwzględnie wymaga leczenia pod opieką psychiatry.

Autoagresja

Autor: admin
14 kwietnia 2010

Pocięte, pokłute ciało, szereg oparzeń, połykanie ostrych przedmiotów, anoreksja, to wszystko może wskazywać na specyficzny problem: autoagresję.

Temat ten jest rzadko poruszany zarówno w mediach, jak i w literaturze fachowej, a informacje, które można zdobyć są niepełne i wymagają uzupełnienia. Autoagresja jest pojęciem szerokim i określenie jej granic jest trudne, obejmuje bowiem zachowania zarówno powszechnie uznawane za normalne (tj. ćwiczenie ponad swoje możliwości, operacje kosmetyczne, sport w skrajnych formach itp.), które powodują jednak pewne deformacje ciała i mogą być przejawem zaburzeń psychicznych, jak i działania uważane za patologiczne (samookaleczenia).

Definicja i rodzaje autoagresji
Autoagresja to działanie lub szereg działań mających na celu spowodowanie psychicznej albo fizycznej szkody, jest to agresja skierowana „do wewnątrz”. To pewne zaburzenie instynktu samozachowawczego, który wyraża się tendencją do samookaleczeń, samouszkodzeń zagrażających zdrowiu, a nawet życiu.
Osoba z różnych przyczyn atakuje samą siebie, powoduje to oprócz fizycznych obrażeń, również i pogłębienie obecnych już psychicznych problemów. Jest to zjawisko o złożonym charakterze. Samookaleczenie nie jest bowiem tylko samym okaleczeniem, lecz procesem, którego efektem są rany. Aby lepiej zrozumieć to zagadnienie należy poznać typy autoagresji.
Wyróżnić można zatem autoagresję bezpośrednią (bicie, samookaleczenie, samooskarżanie) oraz pośrednią (jednostka wymusza, prowokuje i poddaje się agresji innych). Występuje także podział na werbalną i niewerbalną. Autoagresja werbalna polega na zaniżaniu swej samooceny, poprzez wmawianie sobie własnej małej wartości, częstą krytykę siebie i swojego zachowania.
Autoagresja niewerbalna – samookaleczenie – to uszkodzenie ciała, które może mieć formę powierzchownych lub głębokich ran ciętych, wbijanie ostrych przedmiotów w ciało, połykanie ich, polewanie się kwasem, przypalanie, łamanie kości, uszkadzanie lub wycinanie fragmentów ciała, także narządów płciowych, powiek, gałek ocznych itp. Jest to agresja jawna.
Z czasem autoagresja jawna może przejść w ukrytą. Charakterystyczne dla tego zaburzenia jest pozorowanie objawów choroby fizycznej lub psychicznej. Osoby stosujące takie praktyki wierzą, że cierpią na poważną chorobę, zaprzeczają faktowi, że same wywołują swoje dolegliwości. Pozorowane są choroby układu pokarmowego (np. krwawienie z żołądka – połykanie krwi własnej lub zwierzęcej), nerek i moczowodów (kaleczenie narządów drutem), skóry (polewanie kwasem), stawów i mięśni, tarczycy, wywoływana jest również np. gorączka (wstrzykiwanie do krwiobiegu wody zanieczyszczonej moczem, śliną i innymi substancjami).

Syndrom Münchhausena
We wszystkich formach autoagresji występują różne jej stopnie nasilenia: osoba cierpiąca na to zaburzenie może szczypać skórę, wywołując objawy alergii, lekko nacinać skórę, ale może również wstrzykiwać sobie insulinę, czy też polewać się kwasem.
Choroby psychiczne natomiast są pozorowane przez nietypowe zachowania, udawanie halucynacji, a także przez używanie środków farmaceutycznych, powodujących zaburzenia postrzegania świata.
Oprócz takich zachowań autodestrukcyjnych wyróżniamy także syndrom Münchhausena oraz rozszerzony syndrom Münchhausena. Nazwa tego syndromu pochodzi od nazwiska barona–kłamcy, a osoby cierpiące na to schorzenie pojawiają się często w szpitalach narzekając na problemy somatyczne. Pacjenci wywołują różne objawy i naciskają na lekarzy, domagając się operacji, aby doprowadzić w ten sposób do deformacji zdrowego organizmu. Osoby te „kolekcjonują” diagnozy lekarskie, wyniki badań, wędrują po różnych szpitalach, opuszczając je często bez zgody i wiedzy lekarzy (ang. doctor – shopping).
Rozszerzony syndrom Münchhausena dotyczy nie tylko samego chorego, ale i jego dziecka. Najczęściej chorują na niego kobiety, które wywołują objawy choroby u swoich dzieci, bądź wzmacniają, wyolbrzymiają istniejące dolegliwości. Matki doprowadzają do umieszczenia dziecka w szpitalu, domagają się przeprowadzenia badań, zabiegów i operacji. Potrafią np. wstrzykiwać dzieciom różne substancje, podrażniają skórę środkami żrącymi. Te „zabiegi” prowadzą do ciężkich chorób, a nawet do śmierci dzieci.
Jeśli lekarze zaczynają podejrzewać matkę o niebezpieczne zachowania zaprzecza ona i natychmiast zabiera dziecko ze szpitala. Dzieci nie opowiadają nikomu o postępowaniu matki, ukrywają je, uważając, że ciało nie jest ich, tylko matki, która może robić z nim wszystko. Ojcowie zwykle w sposób bierny popierają żony, nie widzą ich działań, nie angażują się w leczenie dzieci. Oprócz fizycznych uszkodzeń, także w psychicznej sferze dochodzi do negatywnych zmian, gdyż dziecko nie potrafi prawidłowo postrzegać swojego ciała, cierpi również na depresję, brak apetytu itp.
Syndrom ten np. rozpoznano u kobiety, która „w trosce” o zdrowie dziecka wyprowadzała niemowlę na spacer na dwudziestostopniowy mróz. Kiedy stwierdziła, że zachorowało, udała się do kilku lekarzy, którzy przepisali dziecku silne antybiotyki. Matka zrealizowała wszystkie recepty, a następnie aplikowała dziecku ogromne ilości lekarstw, nie stosując się do żadnych zaleceń. W konsekwencji kobieta doprowadziła do uszkodzenia mózgu zdrowego dziecka. Obecnie chłopiec cierpi na znaczne upośledzenie umysłowe, nie potrafi wykonywać najprostszych czynności. Kobieta ta nadal uważa się za bardzo dobrą matkę.

Dlaczego się ranią?
Najczęstszą przyczyną autoagresji jest uraz spowodowany w dzieciństwie. Może być nim: bicie dziecka, poniżanie go, ignorowanie jego potrzeb, co prowadzi do zaburzeń w sferze emocjonalnej i w konsekwencji do autoagresji. Niewłaściwe postawy rodzicielskie (odrzucenie, zaniedbanie, nadopiekuńczość, nadmierne wymagania), trudna sytuacja ekonomiczna, bezrobocie, problemy alkoholowe – sprzyjają pojawieniu się tego zaburzenia. Powodem może być również brak rodziców: śmierć, rozwód, pobyt w domu dziecka, szpitalu.
Przyczyny tego zaburzenia mogą mieć także podłoże biochemiczne: osoby samookaleczające się nie czują najczęściej w trakcie tej czynności bólu (przychodzi on ok. godzinę później), ponieważ we krwi pojawia się hormon – endorfina – który eliminuje niemal całkowicie ból, poprawia samopoczucie, znosi napięcie. Tak znaczna zmiana powoduje, że samookaleczenie może stać się nałogiem. Osoby, którym odebrano tę możliwość zachowują się w sposób bardzo podobny do narkomanów na kuracji odwykowej. Tracą one bowiem źródło poprawy samopoczucia i bezpieczeństwa.
Zachowania autoagresywne mogą być związane również z chorobami wrodzonymi (np. syndrom Retta, autyzm, syndrom Lascha–Nyhana) i nabytymi, tj. chroniczne zapalenie mózgu, kiła układu nerwowego oraz uszkodzenia mózgu przez szkodliwe substancje. Z możliwością samookaleczenia należy liczyć się w zespołach depresyjnych i w przebiegu nagłych stanów podniecenia psychoruchowego, w chorobach psychicznych (np. schizofrenii).
Samookaleczenia mogą wskazywać zatem na problemy emocjonalne, ale mogą być również bezpośrednim sposobem osiągnięcia celów np. uniknięcia służby wojskowej, a w środowisku więziennym uzyskania lepszych warunków, przeniesienia do innej celi bądź do szpitala.
Do zachowań autodestrukcyjnych zaliczyć można także: zaburzenia łaknienia (bulimia, anoreksja, otyłość), nałogi, obgryzanie paznokci i opuszków palców, przymus uszkadzania skóry (drapanie, rozdrapywanie ran, gryzienie warg) oraz przymus wyrywania sobie włosów (z brwi, rzęs, z głowy, a następnie niejednokrotnie zjadanie ich).
Chorobą towarzyszącą autoagresji pośredniej jest psychicznie uwarunkowana tendencja do ulegania wypadkom, a osoby cierpiące na nią nieświadomie stwarzają niebezpieczne sytuacje zagrażające zdrowiu i życiu. Podświadomie szukają sytuacji, okoliczności, w których łatwo o wypadek.

Terapia
Terapia osób autoagresywnych powinna obejmować nie tylko osobę zaburzoną, ale całą rodzinę, ponieważ obecność tego zaburzenia świadczy zwykle o problemach wewnątrz rodziny. Działalność terapeutyczna to: praca z psychoterapeutą (a czasami z psychiatrą) oraz praca socjoterapeutyczna, mająca poprawić funkcjonowanie jednostki w społeczeństwie.
Najlepszą metodą leczenia jest terapia oparta na psychoanalizie, która pomaga zrozumieć psychiczne konflikty i ich powiązanie z historią życia pacjenta.
Bardzo efektywna może okazać się terapia poprzez twórczość, w której wytwory jednostki wyrażają jej problemy wewnętrzne i pokazują postępy w zdrowieniu. Każdą pracę pacjent omawia z psychoterapeutą, uświadamiając sobie mechanizmy własnego postępowania.
Innym rodzajem pomocy jest terapia skierowana na ciało. W jej trakcie pacjent od nowa poznaje własne ciało, uczy się je akceptować, kochać, dbać o jego potrzeby; uczy się kontaktować z innymi ludźmi.
Terapia behawioralna nie ma dużego znaczenia w pracy z osobami autoagresywnymi, może jednak pełnić funkcję wspierającą. Leczenie farmakologiczne natomiast występuje wówczas, gdy pojawiają się symptomy depresji lub chorób psychicznych.
Ważne, aby wszelkie zachowania autoagresywne, nawet te najdrobniejsze, nie były lekceważone. Pozornie niewinne objawy świadczyć mogą bowiem o poważnych zaburzeniach lub też prowadzić do nich.

Zaburzenia snu

Autor: admin
14 kwietnia 2010

Prezentowany tekst przedstawia bieżące dane na temat snu, czynników zakłócających sen oraz ogólnie przedstawia najbardziej popularne zaburzenia snu. Sen jest nadal nie do końca poznanym zjawiskiem; choć znany jest jego mechanizm, nie do końca wiadomo dlaczego śpimy. Według danych WHO nasz sen jest coraz krótszy, pojawia się też coraz więcej zaburzeń snu oraz czynników zakłócających sen, wśród których najpowszechniejszym jest hałas. Zaburzenia snu wiążą się zarówno z chorobami somatycznymi, jak psychicznymi. Opracowanie pracy: “WHO technical meeting on sleep and health” World Health Organization Regional Office for Europe European Centre for Environment and Health Bonn Office. Bonn Germany, 22-24 January 2004; dane z www.medicalnewstoday.com Pomimo popularnego poglądu, że potrzebujemy mniej snu im jesteśmy starsi, zapotrzebowanie na sen pozostaje względnie stałe przez całe życie. Wyniki badań wskazują na to, że śpimy obecnie krócej niż na początku dwudziestego wieku, kiedy średnia snu wynosiła 9 godzin. Ostatnie badania pokazują, że dorosły biały człowiek śpi średnio 7,5 godziny. Śpimy mniej niż powinniśmy, a także krócej niż nam się wydaje – wykazano, że osoba spędzająca w łóżku 7,5 godziny śpi jedynie 6,1 godzin. Badania pokazują także różnice pod względem płci i rasy w ilości godzin snu. Białe kobiety śpią średnio 6,7 godzin, podczas gdy mężczyźni krócej, bo 6,1 godzin. Z kolei czarne kobiety śpią średnio 5,6 godzin, czarni mężczyźni 5,1 godzin. Okazuje się także, że osoby z niskimi dochodami śpią krócej niż osoby z wyższymi dochodami. Z badań WHO wynika, że 30% populacji dotykają zaburzenia snu. Podobnie badania epidemiologiczne podają, że od 30 do 35% osób w populacji ogólnej narzeka na problemy ze snem, z kolei od 9 do 11% cierpi na chroniczną bezsenność. Problemy te mogą mieć związek z współwystępującą chorobą psychiczną, taką jak depresja, lęk, uzależnienia, albo z chorobami somatycznymi. Sen jest podstawową potrzebą każdego człowieka, w jego trakcie mózg pozostaje aktywny umożliwiając wypoczynek i naukę. Specjaliści od spraw snu dyskutujący podczas kongresu WHO w 2004 roku wykazali, że ciągle nic prawie nie wiemy o tym, czemu śpimy. Więcej natomiast wiemy o tym, jak śpimy. Wiadomo, że zdrowy sen jest potrzebny dla dobrego samopoczucia. W czasie normalnego snu zachodzi wiele fizjologicznych zdarzeń, takich jak korowe i podkorowe przebudzenia. Patologiczny wzrost tych fizjologicznych czynności może prowadzić do przerw w śnie, którego konsekwencją jest brak pokrzepienia i wypoczynku odczuwane w ciągu dnia. Stresory środowiskowe, takie jak hałas, wpływają na ilość i jakość snu. Same zakłócenia snu mogą być mierzone poprzez skargi subiektywne, takie jak niska jakość snu, poczucie zmęczenia, zmiany nastroju, oraz biorąc pod uwagę zmiany w zachowaniu następnego dnia – senność, gorsze wykonywanie obowiązków, zażywanie leków. Podstawowe rezultaty deprywacji snu obejmują czynniki fizyczne: senność, zmęczenie oraz nadciśnienie, osłabienie funkcjonowania poznawczego: pogorszenie wykonania zadań, osłabienie uwagi i motywacji, osłabienie zdolności intelektualnych oraz wzrost prawdopodobieństwa popełniania błędów w pracy lub podczas jazdy samochodem. Z raportu WHO z 1998 roku wynika, że po nieprzespanej nocy ludziom zdarza się zasnąć w pracy, w szkole, lub podczas prowadzenia samochodu, są następnego dnia rozdrażnieni, zirytowani, częściej zdarzają im się wtedy wypadki komunikacyjne oraz mają trudności z myśleniem i doświadczają luk w pamięci. Konsekwencją niedoboru snu są także komplikacje zdrowotne. Niedobór snu osłabia zdolność radzenia sobie ze stresem oraz zdolność do utrzymania w zdrowiu systemu immunologicznego. Zaburzenia snu obejmują między innymi bezsenność, zespół niespokojnych nóg, bezdech senny, hipersomnię. Bezsenność to utrzymujące się przez dłuższy czas kłopoty z zaśnięciem, wybudzanie się w nocy z niemożnością powtórnego zaśnięcia oraz zbyt wczesne budzenie się. Istotne dla tego zaburzenia jest subiektywne poczucie braku snu, niewyspania i senności w ciągu dnia, które występują pomimo tego, że długość snu mieści się w normie. Zespół niespokojnych nóg jest opisywany jako nieprzyjemne, bolesne doznania w nogach, czasem w rękach, którym towarzyszy wiercenie się, poruszanie nogami, czy masowanie, które nie przynosi jednak ulgi. Doznania te pojawiają się zwykle wieczorem i utrudniają zaśnięcie. Bezdech senny, gdzie jednym z objawów jest chrapanie, jest zaburzeniem, w którym w czasie snu następuje przerwa w oddychaniu, przez co osoba wybudza się wielokrotnie w ciągu nocy, a w ciągu dnia czuje się niewyspana i zmęczona. Z kolei hipersomnia charakteryzuje się nadmierną sennością w ciągu dnia oraz napadami snu niezależnie od pory i miejsca. Hipersomnię uważa się za chorobę o podłożu psychogennym, czasem występuje też w przebiegu choroby psychicznej. Niektóre konsekwencje zaburzeń snu Znane są już coraz lepiej fizjologiczne konsekwencje utrzymującej się bezsenności. Należą do nich większe ryzyko śmierci jako efekt wtórny choroby psychicznej lub somatycznej, większe ryzyko wystąpienia depresji lub innej choroby afektywnej – do 5 razy częściej niż w populacji ogólnej. Również częściej niż u osób nie cierpiących na bezsenność, występują w tej grupie choroby układu sercowo naczyniowego oraz żołądkowo jelitowego. U osób tych obserwuje się dwa razy więcej wizyt u lekarzy oraz dwa raz więcej hospitalizacji, a także cztery razy więcej wypadków niż w populacji ogólnej. Wykazano niższą jakość życia u osób cierpiących na bezsenność oraz problemy w rodzinie, pracy, czy szkole. Brak snu współwystępuje też z otyłością. Osoby z zaburzeniami snu cierpią dwa razy częściej na otyłość, obserwuje się u nich większy wzrost BMI w czasie oraz większą szansę na wystąpienie otyłości. Istnieje hipoteza według której krótki sen może prowadzić do otyłości w taki sposób, że zwiększeniu ulega apetyt poprzez zmiany hormonalne spowodowane deprywacją snu. Ten pogląd wymaga dalszej weryfikacji empirycznej. Związek hałasu z zaburzeniami snu Uwagę specjalistów i epidemiologów od spraw snu przykuwa ostatnio hałas uważany za najważniejszy środowiskowy czynnik zakłócający sen. Nie występuje habituacja układu sercowo-naczyniowego w odpowiedzi na stresor, jakim jest hałas. Każdy bodziec wywołujący stres w ludzkim organizmie, również hałas, jest związany z odpowiedzią układu krwionośnego i może przyczynić się do wzrostu ciśnienia tętniczego we krwi nawet gdy sam sen nie został zakłócony. I tak chroniczne zaburzenia snu związane na przykład z hałasem stają się podłożem zaburzeń somatycznych, w tym nadciśnienia. Wiadomo także, że zakłócenia snu związane z hałasem powodują w konsekwencji pogorszenie funkcjonowania w ciągu dnia spowodowane nadmierną sennością, wypadkami, osłabioną wydajnością neuro behawioralną oraz gorszym nastrojem. Istnieją tymczasowe związki między zaburzonym snem, a chorobami układu krążenia, cukrzycą, czy otyłością, zmniejszonym przyswajaniem glukozy oraz nadciśnieniem. Stres, hałas oraz praca zmianowa mogą redukować sen lub powodować sen przerywany. Sen przerywany przyczynia się do zmniejszenie tolerancji glukozy. Kłopoty ze snem wiążą się także z większą umieralnością, a także chorobami układu krążenia. Dane prezentowane przez badaczy snu podczas kongresu WHO pokazują, że zaburzeń oraz deprywacji snu nie można lekceważyć. Utrzymujące się kłopoty ze snem wymagają leczenia. Podczas diagnozy należy brać pod uwagę subiektywne poczucie niewyspania i zmęczenia pacjenta, które znajduje potwierdzenie w gorszej jakości pracy, kłopotach z koncentracją uwagi, czy drażliwości i chwiejności emocjonalnej. Pacjenci tacy skarżą się na niewyspanie, niemożność zaśnięcia, pomimo tego, że długość snu mieści się w granicach normy. Leczenie zaburzeń snu poprawia jakość życia pacjentów i chroni przed rozwojem chorób somatycznych mających związek z deprywacją snu. Zanim jednak przystąpi się do leczenia farmakologicznego, można zapoznać pacjenta z podstawowymi zasadami zdrowego spania. Są one szczególnie ważne w higienie snu pacjentów cierpiących na zaburzenia snu, oraz dla pacjentów z diagnozą choroby afektywnej dwubiegunowej, dla których zachowanie rytmu snu i czuwania jest szczególnie ważne. Zasady zdrowego spania Trzymaj się ustalonego rytmu snu i aktywności – kładź się spać i wstawaj codziennie o tej samej porze, nawet w weekendy Uprawiaj ćwiczenia fizyczne w ciągu dnia – należy unikać ćwiczeń na 5 do 6 godzin przed położeniem się spać, ponieważ działają one pobudzająco na organizm i mogą utrudniać zaśnięcie Zadbaj o zdrowy tryb życia – ogranicz używanie kofeiny i nikotyny, mają one bowiem stymulujące działanie, które utrzymuje się do 8 godzin i może utrudniać zaśnięcie. Również kofeina zawarta w herbacie, czy Coca coli pobudza organizm, podobnie duża ilość czekolady. Unikaj alkoholu przed położeniem się spać – wieczorny drink może pomóc zasnąć, ale przynosi płytki sen Wieczorem jedz niewielki posiłek – spożywanie obfitych posiłków oraz używek przed położeniem się spać utrudnia zasypianie i może spowodować niestrawność zakłócając sen Unikaj leków mogących zakłócać lub opóźniać sen – niektóre popularne leki nasercowe, stosowane przy nadciśnieniu oraz astmie, a także leki przeciwgorączkowe, leki stosowane przy kaszlu, przeziębieniu, alergii mogą zakłócać sen Śpij w nocy – drzemki w ciągu dnia utrudniają zasypianie, wieczorem poczucie senności pojawia się wtedy później Zadbaj o relaks przed snem – warto odprężyć się, relaksująca aktywność, na przykład słuchanie muzyki lub czytanie, może stać się rytuałem przed położeniem się spać Weź gorącą kąpiel przed udaniem się spać – ciepła woda wzmaga senność i pomaga się zrelaksować Zadbaj o dobre warunki snu – sypialnia powinna być cicha, ciemna, wygodna. Dobrze śpi się w chłodnej temperaturze. Hałas, niewygodne łóżko, czy oglądanie telewizji w łóżku mogą utrudniać zasypianie, podobnie wieczorna praca przy komputerze Korzystaj ze światła słonecznego – należy zadbać o to, by co najmniej 30 minut dziennie przebywać na dworze w dziennym świetle Zacznij coś robić, kiedy nie możesz zasnąć – nie należy pozostawać w łóżku jeśli sen nie nadchodzi w ciągu 30 minut od położenia się spać Skontaktuj się z lekarzem, jeśli kłopoty ze snem utrzymują się. autor tekstu: Małgorzata Pawłowska

Depresja poporodowa

Autor: admin
14 kwietnia 2010

Część kobiet, ok. 80%, przeżywa po porodzie (zazwyczaj ok. 3 dni po – gdy piersi zaczynają wytwarzać pokarm) krótkotrwałe pogorszenie nastroju połączone z płaczliwością i rozdrażnieniem…

Część kobiet, ok. 80%, przeżywa po porodzie (zazwyczaj ok. 3 dni po – gdy piersi zaczynają wytwarzać pokarm) krótkotrwałe pogorszenie nastroju połączone z płaczliwością i rozdrażnieniem. Ten nastrój – określany mianem smutku poporodowego – mija z reguły po kilku dniach.

U ok. 10% kobiet okres ten przedłuża się do miesiąca czy nawet roku przyjmując kształt depresji poporodowej. Jej objawy to:
· przeżywanie lęku i smutku
· poczucie bezwartościowości – obsesyjne myślenie, że jest się złą matką
· negatywne myśli na temat życia – że nigdy nie będzie już szczęśliwe i normalne
· brak poczucia bezpieczeństwa
· poczucie osamotnienia , połączone z przekonaniem, że nikt mnie nie rozumie i nikomu nie mogę przyznać się do tego co przeżywam. Co owocuje izolowaniem się od innych ludzi
· ataki paniki połączone z drżeniem rąk i palpitacjami, np. wtedy, gdy dziecko się budzi
· przerażenie, że mogłoby się coś zrobić dziecku.
· brak zainteresowania przyjemnościami, w tym życiem seksualnym
· kłopoty z koncentracją uwagi i z wykonywaniem codziennych czynności (zajmują one znacznie więcej czasu niż kiedyś)
· rozważania na temat śmierci

Przeżywanie tych stanów zazwyczaj wywołuje w kobiecie poczucie winy, któremu może towarzyszyć gniew lub próba kompensacji polegająca na przedkładaniu potrzeb dziecka nad swoje. Może się z tym wiązać również odsunięcie od partnera, a także pozostałych dzieci.

Na podstawie dotychczasowych badań wydaje się, że ryzyko wystąpienia zaburzeń depresyjnych okołoporodowych zwiększają: późniejszy wiek kobiety ale również bardzo młody wiek matki, stresujące wydarzenia w czasie ciąży (zarówno o charakterze pozytywnym jak i negatywnym), konfliktowa relacja z partnerem, wcześniejsze problemy emocjonalne, brak wsparcia ze strony bliskich, patologiczny przebieg ciąży, problemy zdrowotne dziecka, a także aktualne kłopoty życiowe np. związane z sytuacją materialną, obawą o pracę czy też samotnym wychowywaniem dziecka.
Jeśli objawy nie ustępują w ciągu kilku tygodni należy zwrócić się po profesjonalną pomoc – do lekarza psychiatry, psychologa lub psychoterapeuty. Ważne jest to ze względu na dobro kobiety, ale także jej nowonarodzonego dziecka, gdyż stany depresyjne utrudniają prawidłową relację z dzieckiem i mogą mieć negatywny wpływ na jego rozwój. Leczenie obejmuje psychoterapię, czasami potrzebne jest podanie leków przeciwdepresyjnych, pomocne bywa również uczestniczenie w grupach wsparcia skupiających kobiety z podobnymi trudnościami. Mniej więcej u jednej na 500 kobiet depresja przyjmuje tak ciężki przebieg, że wymaga hospitalizacji.

Ważne jest, żeby nie przedłużać czasu trwania depresji z obawy przed zwróceniem się o pomoc. Kobieta nie powinna się wstydzić swoich przeżyć, zaprzeczać trudnościom, gdyż to pogarsza tylko sytuację. Depresja poporodowa jest chorobą, którą się leczy. Podobnie jak leczenie innych problemów psychicznych wymaga to czasu, dlatego nie należy się martwić brakiem natychmiastowej poprawy, powinno uzbroić się w cierpliwość i zaangażować w terapię.

autor tekstu: mgr Marzena Twardowska

Depresja sezonowa

Autor: admin
14 kwietnia 2010

Co to jest depresja sezonowa? Kto i jak często na nią choruje? Ocenia się, że około 10% ludzi odczuwa wpływ skracania się dnia na samopoczucie. Czy istnieje leczenie tej przypadłości?

Depresja zimowa

Wiele osób w sezonie jesiennym i zimowym skarży się na zmęczenie i senność, chandrę lub też wyraźne obniżenie nastroju. W nocy śpią one dłużej, pomimo to stale skarżą się na niewyspanie i z upływem dnia marzą tylko o powrocie do łóżka. Wzrasta łaknienie, szczególnie rośnie apetyt na słodycze. Nadmierne spożywanie batoników, czekoladek i innych łakoci prowadzi do przyrostu wagi. Są to bardzo charakterystyczne cechy depresji zimowej. Istotne jest, iż uczucie ciągłego zmęczenia przeważa nad przeżywaniem smutku – w pewnych przypadkach depresja sezonowa może przebiegać bez przygnębienia!

Jakie jest rozpowszechnienie depresji sezonowej?

Ocenia się, że około 10% społeczeństwa odczuwa mniej lub bardziej nasilone objawy depresji sezonowej. Najczęściej rozpoczyna się ona w trzeciej dekadzie życia, nie występuje po 55 roku życia. 2-3 razy częściej występuje u kobiet. Częstość występowania tej formy depresji rośnie wraz z szerokością geograficzną – jest to związane ze zmniejszaniem się długości dnia oraz ilości dni słonecznych w czasie roku. Depresja sezonowa może występować również u dzieci. Objawia się trudnościami we wstawaniu z łóżka, zasypianiu na lekcjach i trudnościami w nauce, skargami na ciągłe zmęczenie, wagarowaniem; dzieci stają się bardziej kapryśne i apatyczne.

Co powoduje depresję sezonową?

Wydaje się, że u osób cierpiących na tą przypadłość następuje rozstrojenie się zegara biologicznego regulującego procesy życiowe człowieka. Winą za rozregulowanie zegara biologicznego obarcza się zmniejszenie ilości światła i krótszy dzień w okresie jesienno-zimowym.

Czy depresja sezonowa powinna być leczona?

Opisane objawy ustępują zwykle wiosną żeby nawrócić w okresie jesienno zimowym. Jeżeli powtarzają się regularnie przez kolejne lata i utrudniają codzienne funkcjonowanie powinny być leczone przez psychiatrę.

Jak leczy się depresję sezonową?

Obecnie uważa się, że najbardziej skutecznym leczeniem jest fototerapia. Osoby cierpiące na depresję sezonową mogą jej zapobiegać w okresie jesiennym stosując zabiegi światłolecznictwa profilaktycznie. Pracownie fototerapii znajdują się w Klinice Psychiatrii i Psychoterapii ŚAM w Katowicach, IpiN w Warszawie i AM w Gdańsku, ponadto wiele oddziałów psychiatrycznych dysponuje lampami do prowadzenia zabiegów. Skuteczne może być łączenie leczenia światłem z lekami przeciwdepresyjnymi.
Aby uzyskać pomoc należy zwrócić się do lekarza psychiatry.

Czy istnieją inne sezonowe zaburzenia nastroju?

Opisano również depresję letnią. Objawy depresyjne, które nawracają latem wydają się być związane ze wzrostem temperatury i wilgotności powietrza. Stąd wydaje się, że przebywanie w chłodnym i suchym pomieszczeniu może poprawić samopoczucie podobnie jak leczenie światłem w depresji zimowej.
autor tekstu: dr n. med. Marek Krzystanek, psychiatra

Depresja i starość

Autor: admin
14 kwietnia 2010

Depresja występuje u ok. 15% osób po 65 roku życia. Jaką postać przyjmuje? Jak się ją leczy? Ryzyko popełnienia samobójstwa w depresji wieku podeszłego narasta!

Rozpowszechnienie

Uważa się że około 15 % starszych ludzi (powyżej 65 rż) cierpi na depresję. Wydaje się być to związane przede wszystkim z procesem starzenia się. Wiadomo, że mózg tak ja wątroba czy serce wraz z wiekiem słabnie, jego masa się zmniejsza stąd może to prowadzić do zaburzeń w jego funkcjonowaniu. Innymi czynnikami, które wpływają na duże rozpowszechnienie depresji w starszym wieku są czynniki reaktywne (np. śmierć znajomych i bliskich osób). U osób, które cierpiały wcześniej na depresję może ona nawracać częściej, a czas nawrotów może być dłuższy.

Jakie są postacie depresji wieku podeszłego?

Wyróżnia się zasadniczo dwie postacie, jakie może przyjmować depresja u osób starszych. Postać z urojeniami i agitacją polega na pobudzeniu ruchowym i lęku z współistniejącymi urojeniami dotyczącymi zwykle chorób somatycznych, zmian w ciele, winy, kary, grzeszności, okradania, zubożenia, upośledzenia i nicości. Czasami urojenia nicości mogą przyjmować skrajną postać, w której pacjent jest przekonany, iż nie ma już świata i jego ciała a jemu grozi wieczne potępienie. Urojenia te nazywamy zespołem Cotard’a.
Postać apatyczno-abuliczną rozpoznajemy, kiedy przeważa utrata chęci i zainteresowań oraz zwolnienie zarówno szybkości myślenia jak i aktywności ruchowej. Osoby te charakteryzuje poczucie zmniejszonej wydolności zarówno fizycznej jak i intelektualnej. Stan ten może być tak ciężki, że przypomina otępienie. Ponieważ wynika ono z depresji i jest odwracalny w tym przypadku mówimy o otępieniu rzekomym.

O czym należy pamiętać?

Depresja w wieku podeszłym niesie ze sobą duże ryzyko zagrożenia samobójstwem. Jest ono dwa razy większe niż w depresji u osób w wieku produkcyjnym!
Depresja wieku późnego musi być leczona przez psychiatrę.

Jak leczy się depresję wieku podeszłego?

Z powodu starzenia się wątroby i nerek – narządów odpowiedzialnych za usuwanie z organizmu leków używa się generalnie mniejszych dawek. Zwykle jest to 1 dawki stosowanej u osób w wieku produkcyjnym. Unika się tych leków przeciwdepresyjnych, które mogą pogarszać pamięć (tzw. cholinolityków) oraz leków, które mogą nasilać objawy niepożądane innych leków, używanych przez te osoby z powodu schorzeń somatycznych. Należy dbać o sytuację socjalną osób cierpiących na depresję wieku podeszłego. Należy również pamiętać, że umieszczenie w szpitalu może znacznie pogorszyć funkcjonowanie tych osób, dlatego jeżeli jest to tylko możliwe osoby te powinny być leczone w domu.
autor tekstu: dr n. med. Marek Krzystanek, psychiatra

Najnowsze dane opublikowane przez rząd amerykański wskazują, że po dekadzie spadków w liczbie samobójstw wśród nastolatków trend uległ odwróceniu. W ostatnich latach stopa samobójstw popełnianych przez młodzież znów pnie się w górę.

Stopa samobójstw wśród osób do 20. roku życia wzrosła w latach 2003-2004 o 18%, natomiast liczba udanych zamachów na własne życie zwiększyła się z 1737 do 1985 – wynika z danych federalnych Centrów Zapobiegania i Kontroli Chorób (CDC).

Między naukowcami wybuchł spór o interpretacje tych danych. Jedni twierdzą, że wzrost liczby samobójstw współgra z działaniami amerykańskiego Urzędu Kontroli Żywności i Leków (FDA), który wprowadzając ostrzeżenia o możliwości pobudzania u dzieci zachowań samobójczych na opakowaniach leków antydepresyjnych doprowadził do spadku ich użycia.

Oponenci tej diagnozy wskazują, że samobójczych prób jest najwięcej w tych grupach wiekowych, gdzie spadek stosowania leków antydepresyjnych był najmniej wyraźny i ripostują, że to właśnie niektóre z tych medykamentów doprowadziły do wzrostu stopy samobójstw.

Samobójcy idą do piekła

Autor: admin
14 kwietnia 2010

Średnio co 40 sekund ktoś odbiera sobie życie. W Polsce na każde 100 tysięcy osób 15 popełnia samobójstwo. Mężczyźni ponad 5 razy częściej niż kobiety. W nieudanych próbach przodują panie. Dane Komendy Głównej Policji za 2005 rok odnotowały 5 625 prób samobójczych, z których 4621 zakończyło się zgonem. Statystyki obejmują tylko potwierdzone samobójstwa. Przyczyny odebrania sobie życia bywają złożone. Bodźcem może być choroba psychiczna, ale też utrata pracy, śmierć bliskiego czy zawód miłosny. Tak jak niepojęty jest ludzki umysł, tak niezrozumiałe jest postępowanie samobójcy.

Bo życie boli

Marek był dobrym uczniem. Może nie prymusem, ale wszystkie klasówki miał zaliczone. Koledzy z jego gimnazjum mówią o nim: pomocny, wesoły. Ani łobuz, ani outsider. Miał powodzenie u dziewczyn. Na kilka dni przed tragedią nic w zachowaniu Marka się nie zmieniło. Tym bardziej niezrozumiałe było, kiedy w sobotni wieczór powiesił się w swoim pokoju na pasku od spodni. Chodzą słuchy, że to dlatego, że matka Marka nie puściła go tego dnia na dyskotekę. Czy to był powód?

Potencjalnym samobójcą może być każdy z nas. Nauka wciąż mało wie na ten temat. Każdy przypadek jest inny. Bardzo często nawet nie zdajemy sobie sprawy, dlaczego ktoś odebrał sobie życie. Powodem najczęściej bywa depresja, ale jest to problem złożony. Na podstawie badań suicydologii (tak nazywa się nauka o samobójstwach) wyodrębniono tzw. zespół presuicydalny. Opisuje on te zachowania, których możemy spodziewać się po osobie zdecydowanej odebrać sobie życie. Należą do nich kierowanie agresji w swoją stronę i stany lękowe. Poza tym gromadzenie leków czy innych przedmiotów, które mogłyby posłużyć do samobójstwa. Odwiedziny u znajomych lub rodziny, mające charakter pożegnania. Rozważania o śmierci, izolowanie się. To tylko niektóre sygnały. Bo najczęściej samobójca decyduje się pod wpływem chwili.

Suicydologowie mówią o czynnikach ryzyka. Wymieniają porę roku (najwięcej samobójstw jest jesienią i wczesną wiosną). Wpływ mają także dni tygodnia. Najgorsze są pierwsze dwa – poniedziałek i wtorek. Również podczas świąt jest więcej aktów odebrania sobie życia. Także zwiększenie dezorganizacji społecznej powoduje wzrost przypadków samobójstw. Ich liczba zmniejsza się, kiedy kraj jest zaabsorbowany jakimś konfliktem zbrojnym czy ważnym wydarzeniem społecznym.

Na marginesie

14-letniemu Adamowi brakowało już tylko ostatniego impulsu. W sumie nawet nie wiedział, dlaczego klasowym kozłem ofiarnym był akurat on. Trudno zrozumieć, co czuje nastolatek poniżany przez rówieśników. Dzieci potrafią być naprawdę okrutne. W tamten poniedziałek przedobrzyli. Kilku chłopaków dopadło Adama na przerwie, skopali go w kącie. Nauczycielka pilnująca korytarza tradycyjnie nic nie zauważyła. Adam w domu podciął sobie żyły. Wtedy znalazła go matka. Pogotowie przyjechało na czas. W przypadku tego chłopaka tak. Ale do 14-letniej Ani z Gdańska nie zdążyło. Do Asi, Marty, Krzyśka i wielu innych również. Statystyki to przecież imiona, to ludzie.

Samobójstwo jest znane ludziom od zarania dziejów. Samobójców spotykamy w Starym Testamencie, w mitologii, znamy ich z kultury starożytnej Grecji i Rzymu. Co ważne, na początku targnięcie się na swoje życie nie było potępiane. W Grecji samobójstwo pojmowano jako czyn wymagający silnej woli, przypisany bardziej herosom niż ludziom. Nie inaczej było w starożytnym Rzymie. Tam doszło do swoistej apoteozy samobójstwa, często popełniano je w teatralnej atmosferze. Jednocześnie z punktu widzenia prawa samobójstwo było traktowane jako akt agresji na krewnym, stąd bezczeszczenie zwłok i zabór mienia. Także pierwsi chrześcijanie przybyli do Rzymu samobójczą śmierć traktowali jako coś w rodzaju otwarcia sobie bram niebios. Do czasu, kiedy św. Augustyn i św. Tomasz uznali je za grzech. To był radykalny zwrot, nie tylko w doktrynie chrześcijańskiej.

Represje wobec samobójców były powszechne. Bezczeszczono ich zwłoki, a rodziny izolowano z życia społecznego. Grzebano ich „po cichu”, nierzadko pod cmentarnym płotem albo całkowicie gdzie indziej – na niepoświęconej ziemi. Stosowano specjalne sposoby pochówku, żeby mieć pewność, że samobójca nie wróci jako upiór – palenie zwłok, kawałkowanie, krępowanie czy chowanie twarzą do dołu. Na mogilę kładziono kamienie i sadzono dziką różę lub głóg. Te zabiegi miały nie tylko gwarantować bezpieczeństwo żyjącym, ale też zapewnić ulgę pokutującej duszy. Bo w Kościele katolickim, gdzie życie ludzkie należy do Boga, samobójstwo to grzech śmiertelny, karany wiecznym potępieniem. Nie lepiej jest w Talmudzie, który także potępia samobójców i zakazuje ich pochówku. Również muzułmanie uważają, że człowiek umiera wtedy, kiedy wezwie go do siebie Bóg, więc nie można samemu się zabić.

Niezrozumienie mechanizmów popychających do samobójstwa prowadziło do kuriozalnych sytuacji, jak egzekucja zwłok samobójcy poprzedzona procesem przeciwko niemu. Wciąż też stosowano konfiskatę dóbr. W stosunku do samobójców, którzy przeżyli, używano ostrych represji. Czasem karano ich śmiercią, nierzadko zadawaną w męczarniach.

W tej chwili według Kościoła katolickiego samobójcy mogą osiągnąć zbawienie, jeżeli dokonali swojego czynu w wyniku działania stresu, poświęcenia, depresji, innych zaburzeń psychicznych czy… działania diabła. W takiej sytuacji nie dochodzi do popełnienia grzechu śmiertelnego, który tyczy się poważnych spraw i popełniany jest z całkowitą świadomością i zgodą. Dlatego kodeks prawa kanonicznego nie zabrania samobójcom katolickiego pogrzebu. O ile nie są peccatores manifesti, czyli publicznymi grzesznikami, którzy zdecydowali się na samobójstwo dobrowolnie, wyrażając pogardę dla życia i prawa.

W XIX wieku zmieniono podejście do pojmowania samobójstwa. Emile Durkheim zaczął rozpatrywać ten problem na tle wpływu społeczeństwa na jednostkę. Tym samym samobójstwo stało się faktem społecznym. Dotyczy wszystkich, bez względu na wiek, płeć, rasę czy pochodzenie społeczne. Ale podejście Durkheima to tylko jeden z wielu punktów widzenia suicydologii. Inni badacze skupiają się też na wpływie uprzemysłowienia na rozwój patologii społecznej (Jan Szczepański) czy rozpadzie więzi społecznych (Robert K. Merton). Mimo to samobójstwo jest wciąż aktem nierozpoznanym i najczęściej występującym pod wpływem kilku różnych czynników, a nie jednego konkretnego.

Śmierć w sieci

Marta i Kasia „ten dzień” zaplanowały dużo wcześniej. Najpierw musiały się poznać. Dość nietypowe było to spotkanie. W sieci. To Kasia natrafiła na anons Marty: Pomóżcie, mam już wszystkiego dość. Nienawidzę rodziców, siebie, świata. Chcę umrzeć!. Wtedy rozmawiały po raz pierwszy. Od tamtej pory kilka razy dziennie. Szczegółowo omówiły „ten dzień”. Bo „ten dzień” miał się nie powtórzyć. Widocznie jednak za mało było podebranych z apteczki leków, bo dziewczyny odratowano. Wyparły się próby samobójczej. Twierdziły, że pomyliły leki. Pewnie spróbują jeszcze raz.

Globalna pajęczyna ma swoje złe strony. Bardzo łatwo skontaktować się w niej osobom, które myślą o samobójstwie. Mało tego, zakładają w internecie strony z opisami najskuteczniejszych sposobów odebrania sobie życia. Dyskutują. Niekiedy umawiają się na grupowe samobójstwa „w realu”.

Na jednym z takich forów Zdecydowana pisze: Ja nie chcę żadnych porad jak wyjść z depresji. Ja nie chcę ż y ć i chcę popełnić samobójstwo. Jak najłatwiej to zrobić?? Ludzie, nie znacie mnie, więc nie będziecie płakać po mnie. DORADŹCIE. Zdołowany opowiada o sobie: Mam zamiar powiesić się w odludnej chatce letniskowej. Myślę, że to najlepszy rodzaj samobójstwa. Nigdy nie próbowałem, ale inne wydają się jakieś mało skuteczne… Ktoś inny chce się zabić, ale boi się bólu. Kolejny deliberuje nad skutecznością tabletek nasennych. Jakiś chłopak z godną farmaceuty znajomością działania poszczególnych leków wymienia, co zmieszać z czym, a potem popić alkoholem, żeby było skuteczne.

Jakiś czas temu w internecie pojawiła się moda na pakty samobójcze. Pakty stosowano już dużo wcześniej, ale to Japończycy przypisują sobie niechlubną zasługę przeniesienia ich do sieci. Tam stały się plagą. W Polsce też znane są przypadki samobójstw popełnionych przez grupy, które poznały się w internecie. Zdarza się, że przy internetowej widowni. Psychologowie podkreślają szczególne niebezpieczeństwo takich sytuacji, ponieważ często osoba ogłaszająca w internecie, że chce się zabić, tak naprawdę blefuje. Jeśli jednak znajdzie odpowiednich „pomocników”, którzy utwierdzą ją w zamiarze, może naprawdę popełnić samobójstwo.

W polskim prawie sam akt samobójstwa nie jest karany. Odpowiedzialności karnej podlegają jednak osoby, które nakłoniły samobójcę do odebrania sobie życia albo skutecznie mu pomogły. A także ci, którzy wskutek znęcania się nad ofiarą doprowadzili do jej samobójstwa. Na podstawie art. 151 kodeksu karnego grozi za to kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

Efekt Wertera

Jakiś czas temu David Philips ogłosił teorię, że każde samobójstwo sławnej osoby odbija się wśród zwykłych ludzi. Nazwał to efektem Wertera (po publikacji książki Johanna Wolfganga Goethego „Cierpienia młodego Wertera” przez Europę przetoczyła się fala samobójstw). Philips przekonuje, że światowe statystyki samobójstw rosną w 3-4 dni po śmierci kogoś znanego. Naukowiec idzie dalej i twierdzi, że wzrasta także liczba ofiar wypadków drogowych, a także katastrof lotniczych.

Co prawda nie zanotowano ostatnio żadnego spektakularnego samobójstwa VIP-a, ale czy takim bodźcem do wzrostu liczby samobójstw nie będzie śmierć nastolatki z Gdańska? Jeśli wierzyć Philipsowi, kto wie.

Policyjne statystyki wykazują, że samobójstwa najczęściej popełniają osoby cierpiące na zaburzenia psychiczne (depresję, schizofrenię) albo alkoholicy. Na drugim miejscu wśród przyczyn są nieporozumienia rodzinne i choroby przewlekłe. Jako pewne novum w ostatnich latach wymieniane jest samobójstwo ze względu na trudne warunki ekonomiczne i utratę pracy. Sporo jest samobójstw z powodu zawodu miłosnego. W 2005 roku życie odebrało sobie aż 268 osób nieszczęśliwych kochanków, w tym 226 mężczyzn. Rzadziej przyczyną samobójstwa jest śmierć bliskiej osoby i trwałe kalectwo. Liczba samobójstw z powodu problemów szkolnych wyniosła w poprzednim roku 51 osób (w tym 29 chłopców). To nie wszystko – w 2677 zdarzeniach w ogóle nie udało się ustalić przyczyny zgonu.

Najczęściej na swoje życie targają się na 16-21-latkowie. Druga grupa „wysokiego ryzyka” to osoby w wieku 45-55 lat.

Samobójcy najczęściej wybierają powieszenie – aż w 4221 przypadków. Potem kolejno: skok z wysokości, zażycie środków nasennych, rzucenie się pod pojazd, inne samookaleczenie, uszkodzenie układu krwionośnego, utopienie się, zastrzelenie się, otrucie gazem, zażycie trucizny. Zdarzają się sposoby mieszane.

Panowie nie tylko kilkakrotnie częściej odbierają sobie życie, ale też czynią to w sposób bardziej gwałtowny. O ile kobiety wybierają przedawkowanie leków i otrucie gazem, o tyle mężczyźni najczęściej rzucają się pod koła albo skaczą z wysokości.

Najczęściej porywają się na swoje życie osoby żyjące w związku małżeńskim, o wiele rzadziej stanu wolnego lub rozwiedzione. Przede wszystkim z wykształceniem podstawowym i zasadniczym zawodowym. Najrzadziej z wyższym. Często pod wpływem alkoholu, żeby dodać sobie kurażu.

Wbrew obiegowym opiniom to wcale nie bezrobotni najczęściej popełniają samobójstwa. Statystyki wykazują, że przede wszystkim są to osoby pracujące lub utrzymujące się z renty albo alimentów.

Rozmowa z prof. JANUSZEM RYBAKOWSKIM

Autor: admin
14 kwietnia 2010

Rozmowa z prof. dr hab. n. med. JANUSZEM RYBAKOWSKIM, kierownikiem Kliniki Psychiatrii Dorosłych Akademii Medycznej w Poznaniu

- Światowe badania epidemiologiczne wskazują, że na depresję choruje ok. 17 proc. populacji ogólnej. To dużo, czy mało, Panie Profesorze?
- Przede wszystkim nieprecyzyjnie. Zachorowalność w danym czasie, czyli np. w okresie ostatniego roku oscyluje w granicach 6 proc. populacji. Wielkość 17 proc. określa ryzyko wystąpienia depresji na przestrzeni całego życia.

- Te 6 proc. to w skali globalnej – jeśli dobrze liczę – dziesięciokrotność ogólnej liczby ludności Polski!
- Depresja jest jednym z najczęstszych stanów patologicznych w medycynie. Wśród zaburzeń psychicznych być może nawet najczęstszym. Gdybyśmy zsumowali częstość wszystkich zaburzeń lękowych, dawniej zwanych nerwicowymi, to dopiero ten wynik byłby zbliżony do skali występowania depresji.

- W literaturze przedmiotu spotkałam się z poglądem, że jest to – cytuję – „choroba krajów bogatych”. Jak rozumieć taką konstatację?
- Być może chodzi o to, że w krajach o wysokim stopniu rozwoju istnieje największa świadomość co do możliwości występowania depresji i podejmowane są tam liczne inicjatywy w kierunku edukacji na temat depresji, jak również rozpoznawania i leczenia tej choroby. Do krajów tych w ostatnich latach dołącza i Polska.

- Z prowadzonych w Polsce badań wynika, że wśród osób zgłaszających się do lekarza pierwszego kontaktu, około 20 proc. cierpi na depresję, z czego część przypadków spełnia kryteria depresji umiarkowanej bądź ciężkiej. Jednakże u ponad połowy choroba ta nie zostaje nigdy zdiagnozowana. Co pan na to, Profesorze?
- Na niedostateczne rozpoznawanie depresji u lekarza pierwszego kontaktu wpływa szereg czynników. Jednym z nich jest fakt, że depresja może się ukrywać pod objawami natury somatycznej, angażując uwagę lekarza ogólnego na kwestiach kardiologicznych, gastrycznych, czy jeszcze innych. W przypadku takiej depresji, zwanej również „maskowaną” chory zgłasza się zazwyczaj do lekarza psychiatry na końcu, kiedy po wykonaniu wielu badań, nie stwierdzono organicznej przyczyny jego złego samopoczucia.

- A jeśli depresja skryje się za rzeczywistą chorobą somatyczną – co wtedy?
- Ryzyko zachorowania na depresję u osób obciążonych chorobami somatycznymi, jak np. cukrzycą, wieńcówką itd., jest bezsprzecznie większe…

- …zdiagnozowanie?
- …trudniejsze. Rzecz oczywista, że proces leczenia psychiatrycznego nie może być prowadzony w oderwaniu od ogólnego stanu zdrowia pacjenta, ale i odwrotnie. To są relacje wiązane.

- U Kopalińskiego pojęcie „soma” jest definiowane jako przeciwieństwo „psyche”. Pańskim zdaniem: czy między psychiatrią a pozostałymi gałęziami medycyny nie rozpościera się w wiedzy lekarskiej zbyt rozległa „pusta przestrzeń” ze szkodą dla chorego?
- Taki kartezjański dualizm duszy i ciała we współczesnej psychiatrii nie istnieje. Leczenie farmakologiczne jest skuteczne w zaburzeniach psychicznych. Możemy również obecnie obrazować struktury mózgu w takcie wykonywania czynności psychicznych.

- Na internetowej stronie www.psychiatria.pl odnalazłam zapis czatu, podczas którego lekarze rodzinni, lekarze pierwszego kontaktu mogli zwrócić się do Pana z problemami w leczeniu depresji. Obiecał Pan wówczas swoją częstszą bytność w wirtualnej przestrzeni. Minęły 4 lata, Panie Profesorze!
- Jeśli będzie takie życzenie, jestem do dyspozycji. O ile jednak taka forma kontaktu jest edukacyjnie wartościowa, to jej walory w rozstrzyganiu o procesie leczenia konkretnych przypadków, są ograniczone.

- W latach 1981-1985 prof. Jacek Bomba przeprowadził badania, z których wynikało, że chorych na depresję było w Polsce ok. 20 proc. nastolatków. Pięć lat później podobne badania przeprowadziła prof. Hanna Jaklewicz, stwierdzając zaburzenia depresyjne w tej grupie wiekowej na poziomie 50 proc. Czy ta wzrostowa tendencja i jej dynamika nie są przerażające?
- Nie ujmowałbym tego w kategoriach tendencji. Okres młodzieńczy jest z samej swej natury okresem obarczonym większym ryzykiem występowania objawów depresyjnych. Natomiast rozpowszechnienie zaburzeń psychicznych o charakterze depresji, wymagających interwencji terapeutycznej utrzymuje się na poziomie kilku procent.

- Niektóre źródła szacują, że kilkanaście procent populacji dotkniętych jest tzw. pogranicznym zaburzeniem osobowości typu „borderline”.
- To duża przesada. Wymienione zaburzenie osobowości rozpoznaje się niekiedy u osób młodych, u których występują okresy zwiększonej drażliwości, wahań nastroju, większej impulsywności, itd. U wielu z nich po latach okazuje się, że mogły to być objawy tzw. stanów mieszanych zaburzeń afektywnych dwubiegunowych (maniakalno-depresyjnych), tzn. z elementami zarówno bieguna górnego, jak i dolnego. U tych osób dochodzi po kilku latach do rozwoju ewidentnych zaburzeń afektywnych dwubiegunowych, które dopiero wtedy są rozpoznawane.
- Zechciałby Pan termin „zaburzenia afektywne dwubiegunowe” uczytelnić.
- W takiej chorobie depresja ma swoje „antypody”. Są to stany manii bądź hipomanii. Stąd też dla tego typu zaburzeń używa się również terminu „choroba maniakalno-depresyjna”.

- Słownik języka polskiego definiuje pojęcie „hipomanii” jako „namiętne zamiłowanie do koni”. To bardzo „polska” przypadłość.
- Przedrostek „hipo-” może pochodzić od greckiego słowa „hippos” oznaczającego konia, ale również od słowa „hypo” oznaczającego coś o mniejszym nasileniu. W tym wypadku „hipomania” oznacza stan manii o mniejszym nasileniu. Stan taki jest na ogół doświadczeniem przyjemnym i w stanie hipomanii pacjenci funkcjonują niekiedy lepiej niż w stanie wyrównanego nastroju. Jeśli jednak dochodzi tu do zmiany stanu hipomanii w stan depresji, a takie przejście może być czasem niezwykle gwałtowne, przeżycie takie może być bardzo dramatyczne. Takie przypadki obarczone są wysokim ryzykiem prób samobójczych.

- Etymologicznie pojęcie „mania” wywodzi się z greki i oznacza „szaleństwo”. Czy teraz jestem blisko?
- W przypadku zaburzeń maniakalno-depresyjnych termin „mania” określa epizod choroby cechujący się wzmożeniem nastroju, myśleniem o charakterze wielkościowym oraz wybitnym, często chaotycznym wzmożeniem aktywności. Funkcjonowanie chorych w stanie manii jest niekiedy całkowicie zaburzone. Zdolność racjonalnego kierowania swoim postępowaniem, oceny i przewidywania skutków zachowań może być zniesiona.

- Czy istnieje możliwość, aby nie dopuścić do owego wznoszenia się i opadania w dół? Do peregrynacji chorego między równikiem i Antarktydą?
- Połowa przypadków zaburzeń afektywnych dwubiegunowych rozpoczyna się depresją, a połowa manią. Stygmatyzacja stanu depresji nie jest już tak wielka, jak w przypadku schizofrenii, ale np. u mężczyzn działa nadal pewien psychologiczny mechanizm, który utrudnia szukanie pomocy, bo jak u „prawdziwego mężczyzny” może w ogóle wystąpić depresja? W Instytucie Zdrowia Psychicznego Stanów Zjednoczonych była nawet rok temu taka akcja „Real Man – Real Depression”. Natomiast pacjent, który jest w stanie manii czy hipomanii z pewnością do lekarza sam się nie zgłosi, ponieważ uważa, że wie wszystko lepiej niż jego otoczenie i wszyscy lekarze razem wzięci.

- Z tego, co Pan mówi, rysuje się mało optymistyczna perspektywa dla szans wczesnego zdiagnozowania zaburzeń dwubiegunowych.
- Badania amerykańskie wskazują, że od pierwszych objawów klinicznych do postawienia prawidłowego rozpoznania upływa około 8 lat. W międzyczasie można u chorego rozpoznawać depresję okresową, jeżeli stany hipomaniakalne nie są nasilone lub schizofrenię, jeśli w stanie maniakalnym występują objawy psychotyczne. Jasne, że przy nieprawidłowym rozpoznaniu i leczeniu w okresie kilku lat może dojść, i zazwyczaj dochodzi, do bardzo dużych zaburzeń w funkcjonowaniu takich osób.

- Czy rozpoznanie osobowości „borderline” w wieku młodzieńczym może tu być jakąś wskazówką?
- Objawy podobne do zaburzenia osobowości typu borderline mogą stanowić zwiastun późniejszych zaburzeń dwubiegunowych. Z wielu badań, również naszych, wynika, że jeśli pierwszy epizod depresji wystąpi przed 25 rokiem życia, prawdopodobieństwo, iż choroba będzie miała w przyszłości przebieg dwubiegunowy, jest bardzo wysokie.

- Czynniki genetyczne?
- Ich wpływ w zaburzeniach afektywnych dwubiegunowych jest generalnie większy niż w depresji okresowej. Zgodność zachorowania wśród bliźniąt tzw. monozygotycnych, czyli o identycznym garniturze genetycznym, sięga nawet 80 procent. W przypadku depresji okresowej (jednobiegunowej) znaczenie czynników genetycznych jest większe u kobiet niż u mężczyzn.

- Nestor polskiej psychiatrii, prof. Antoni Kępiński, nazwał onegdaj schizofrenię „chorobą królów”. Wśród osób, u których rozpoznano zaburzenia afektywne dwubiegunowe, jest wiele nazwisk pierwszej wielkości. Wnioski, Panie Profesorze.
- Generalnie uważa się, że takie cechy, jak zwiększona eksploratywność, kreatywność itd., mogą być związane z zaburzeniami dwubiegunowymi. I rzeczywiście w okresie wzmożonego napędu, ale przy jego kontroli, taki stan może sprzyjać aktywności twórczej. Badania genetyczno-molekularne przeprowadzone w naszej Klinice wykazały, że wariant pewnego genu, który zwiększa predyspozycję do wystąpienia choroby dwubiegunowej, jednocześnie usposabia do większej sprawności intelektualnej. Ale weźmy np. problem zachowań samobójczych. Mimo, że depresja najbardziej zwiększa ryzyko zachowań samobójczych, są osoby z depresją, u których nie występują tendencje samobójcze i są rodziny, gdzie próby samobójcze ponawiane są niejako z pokolenia na pokolenie. Tak więc i zwiększona kreatywność nie jest cechą identyczną z cechą dwubiegunowości.

- Ernest Hemingway, Marilyn Monroe, Sylvia Plath…
- U pierwszej dwójki tych wybitnych osób dotkniętych chorobą afektywną występowało nadużywanie substancji psychoaktywnych. Generalnie, choroba afektywna, zwłaszcza dwubiegunowa, sprzyja zwiększonej tendencji do przyjmowania substancji psychoaktywnych np. alkoholu. Jednym z mechanizmów tego zjawiska może być samoleczenie depresji. Jeśli chory doświadcza, że np. alkohol przynosi mu ulgę, sięga po kieliszek coraz częściej.

- Alkoholizm to choroba emocji. Czy „borderline”, depresja, zaburzenia dwubiegunowe są z tej samej „półki”?
- Alkoholizm należy do grupy chorób, których główną cechą jest patologiczny sposób używania danej substancji chemicznej powodujący szkody zdrowotne i społeczne. Natomiast depresja okresowa i choroba maniakalno-depresyjna należą do zaburzeń afektywnych, zwanych również zaburzeniami nastroju. Zaburzenie osobowości typu borderline u części osób może poprzedzać wystąpienie zaburzeń afektywnych dwubiegunowych.

- „Pigułka szczęścia”, Panie Profesorze – Prozac.
- Kariera Prozacu związana jest z jego skutecznością w lekkiej depresji. W takich przypadkach nie sięgano po dostępne uprzednio trójpierścieniowe leki przeciwdepresyjne, które mogą niekiedy powodować znaczne działania uboczne. Stosowano głównie metody psychologiczne, co często trwało długo, nie dając oczekiwanych rezultatów. I oto pojawił się lek, dający znakomity efekt już po trzech tygodniach. Dzięki Prozacowi wykazano więc, że lekka depresja to nie jest tylko reakcja na jakieś przykre wydarzenie, ale że jest to depresja mająca komponent biologiczny, poddająca się działaniu farmakologicznemu. I to był bezsprzecznie pewien przełom myślowy. Prozac zapoczątkował całą grupę leków przeciwdepresyjnych, tzw. selektywnych inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny (skrót SSRI). W tej chwili jest już ich sześć. Są one bezpieczniejsze dla układu krążenia, nie mają działania antycholinergicznego i w związku z tym są lepsze do stosowania u osób z chorobami somatycznymi i w starszym wieku. Z tych właśnie powodów, jak należy wnosić, można się w opinii niektórych Amerykanów spotkać ze stwierdzeniem, że to właśnie od Prozacu zaczęła się w ogóle psychofarmakologia.

- Ile w tym prawdy
- Nawet jeśli chodzi o leki z grupy SSRI wcześniejsza od Prozacu była używana w Europie fluwoksamina. W Stanach Zjednoczonych nie jest ona stosowana jako lek przeciwdepresyjny, a jej wprowadzeniu na rynek europejski nie towarzyszyła tak ogromna kampania reklamowa jak w przypadku Prozacu.

- Na naszym rynku funkcjonuje od niedawna Zyban, reklamowany jako lek cudownie wspomagający kurację antynikotynową. W Stanach Zjednoczonych tenże zaliczany jest do leków przeciwdepresyjnych. Czym tak istotną rozbieżność tłumaczyć?
- Bupropion znany u nas pod nazwą Zyban jest rzeczywiście jednym z bardziej popularnych leków przeciwdepresyjnych stosowanych w USA i niektórych krajach europejskich. Ze względu na swój szczególny mechanizm działania farmakologicznego (działanie na neuroprzekaźnik dopaminę) może być przydatny u osób pragnących rzucić palenie i dla takiego wskazania został zarejestrowany w Polsce. Natomiast wprowadzanie leku przeciwdepresyjnego w danym kraju zależy od polityki firm farmaceutycznych, która nie zawsze daje się wyjaśnić w sposób racjonalny.

- W telewizji, w radio, w prasie, na bilbordach i w tysięcznych ulotkach firmy farmaceutyczne próbują przekonać nas do swoich leków a lekarzy, szpitale, parlament, resort zdrowia – różnymi sposobami – do ich wprowadzenia na rynek i stosowania. Czy aby nie próbuje się tu sprzedać nie tylko lek, ale i chorobę, na którą tenże lek ma pomagać? Nie sądzi Pan, że depresja jest z samej swej natury nader wdzięcznym polem dla owych złotodajnych „eksperymentów”?
- Firmy farmaceutyczne podchwyciły rynkowy kontekst większego zainteresowania depresją – to prawda. Od czasu Prozacu datuje się duża ekspansja leków przeciwdepresyjnych i nieomal każda firma ma jakiś swój lek, który promuje. Proszę jednak zwrócić uwagę, że leczenie depresji nadal jest niezbyt adekwatne i niedostatecznie skuteczne. W takim rozumieniu pojawienie się nowych leków wydaje się bardzo pożądane. Mamy już leki III generacji, które są przyjazne dla pacjenta w stopniu zbliżonym do leków serotoninowych, a ich terapeutyczna efektywność jest większa, podobna do leków trójpierścieniowych.

- Coś tu jednak zgrzyta. Cały ten arsenał pigułek II i III generacji okazuje się bezradny w leczeniu depresji ciężkiej, a skuteczność leków klasycznych, pomijając nawet grozę ich działań ubocznych, kształtuje się na poziomie 70 proc., co trudno uznać za satysfakcjonujące. Efekt jest zaś taki, że tych, co najbardziej pomocy potrzebują, nęka się elektrowstrząsami jak za króla Ćwieczka!
- Faktycznie, obserwuje się pewien wzrost liczby chorych, u których leki przeciwdepresyjne, stosowane nawet przez kilka kuracji nie są skuteczne. Mówimy wtedy o tak zwanej depresji lekoopornej. W leczeniu takiej depresji stosuje się różne metody, np. kombinację dwóch leków – zazwyczaj czyni się to w warunkach szpitalnych. Metoda elektrowstrząsów mimo niezbyt miłej konotacji jej nazwy pozostaje natomiast jedną z najbardziej skutecznych metod terapii depresji, zwłaszcza jej najcięższych postaci, również depresji lekoopornych. Jej stosowanie z udziałem anestezjologa, przy jednoczesnym znieczuleniu i zwiotczeniu mięśni czyni ją również bardzo bezpieczną.

- W 2001 roku Fundacja ITAKA zorganizowała akcję pod hasłem „Lecz depresję!”. Chciałabym Pana spytać nie o to, czy depresję można leczyć, ale o to, czy można ją wyleczyć.
- Na pewno można wyleczyć epizod depresji. Ponieważ zaburzenia afektywne mają przebieg nawracający istotne jest również zapobieganie nawrotom depresji, a w przypadku zaburzeń dwubiegunowych – również manii. U osób z częstymi nawrotami stosuje się więc postępowanie profilaktyczne, głównie farmakologiczne.

- Profilaktyka?
- Problem skutecznej profilaktyki farmakologicznej polega na tym, że leczenie długoterminowe wymaga współpracy pacjenta z lekarzem. Jeśli choroba dwubiegunowa rozpoczęła się epizodem hipomanii i chory nie doznał z jej powodu żadnych przykrości, to trudno mu zrozumieć, że znalazł się w grupie podwyższonego ryzyka i powinien być farmakologicznie zabezpieczony w sposób ciągły. Natomiast osoby z częstymi nawrotami, które istotnie skomplikowały ich życie, są bardziej podatne na przedstawienie im szansy, jakie daje im profilaktyka farmakologiczna i na współpracę w jej prowadzeniu.

- W środowisku psychiatrów bardzo „trendy” stało się od jakiegoś czasu ordynowanie tzw. stabilizatorów nastroju.
- Ależ proszę nie używać takiego określenia! Jak pani nazwie neuroleptyki? Terminatorami psychozy? A leki przeciwdepresyjne, to co? Elewatory nastroju? A przeciwlękowe? Eliminatory lęku, tak? Owe „stabilizatory nastroju” to są leki normotymiczne…

- …z grupy przeciwpadaczkowych, jeśli nie popełniam błędu.
- Pierwszym lekiem normotymicznym był lit. W leczeniu manii jest stosowany od 1949 roku, a jego własności normotymiczne odkryto w latach 1960-tych. W naszej Klinice podaliśmy go pacjentom po raz pierwszy w 1971 roku. Doświadczenia kliniczne potwierdzają jego właściwości profilaktyczne. U 1/3 pacjentów poddanych długotrwałej kuracji litem nie dochodzi w ogóle do nawrotów.

- Nie jest to wynik imponujący. Zwłaszcza, jeśli spojrzeć na indeks działań niepożądanych litu.
- W ostatnich dekadach do leków normotymicznych dołączyły leki przeciwpadaczkowe, początkowo karbamazepina i walproiniany, a ostatnio lamotrygina. Osobiście uważam jednak, że lit – przy wszystkich zastrzeżeniach – jest nadal jednym z wiodących leków w działaniu profilaktycznym. Rzecz jasna nie można go stosować w przypadkach, gdy chory źle go toleruje bądź wtedy, kiedy są wyraźne przeciwskazania medyczne.

- Proszę mi wybaczyć, Profesorze, ale z całym szacunkiem dla postępu w naukach medycznych, odnoszę wrażenie, że psychiatria dysponuje farmakologią bardziej na miarę słonia niż człowieka. Gwarancji pozytywnych efektów brak, co najwyżej rząd szacunku. Natomiast prawdopodobieństwo polekowych komplikacji zdrowotnych, nieomal pewne.
- Nie uważam, że psychofarmakologia winna mieć poczucie mniejszej wartości w odniesieniu do leczenia farmakologicznego stosowanego w innych dziedzinach medycyny. Nikt dotąd nie wynalazł leku, który byłby całkowicie pozbawiony działań ubocznych. O lekach tradycyjnych wiemy więcej. Bardziej dokładnie możemy „zewidencjonować”, na co szkodzą i w jakim stopniu pomagają. Postęp w farmakologii nie jest, jak wiadomo, wolny od błędów, ale to nie znaczy, że należy zaprzestać poszukiwań leków bardziej skutecznych i bardziej dla naszego organizmu przyjaznych. Nie znaczy to również, że mamy zaprzestać stosowania sprawdzonych leków tylko dlatego, że pojawiły się nowe. Optymalizacja leczenia depresji, zwłaszcza w przypadkach epizodów depresji ciężkiej, nie jest jeszcze zawsze właściwa – to fakt. Nadto: efekt terapeutyczny w leczeniu depresji następuje z kilkutygodniowym opóźnieniem, co w tej akurat chorobie ma dla pacjenta niebagatelne znaczenie. To zaś niekiedy prowokuje do zbyt szybkiej zmiany leków. A takie działania nierzadko skutkują depresją lekooporną. Myślę jednak, że zmiany w społecznym nastawieniu do tej choroby, że akcje edukacyjne, że zwiększone zainteresowanie nie tylko psychiatrów, ale lekarzy w ogóle, że to wszystko prowadzi nas w dobrym kierunku.

- W rankingu „Wprost” kierowana przez Pana Klinika zajęła drugie miejsce jeżeli chodzi o chorobę afektywną dwubiegunową. To sukces czy porażka, Panie Profesorze?
- W 2002 roku zajęliśmy w rankingu „Nesweek`a” pierwsze miejsce na najlepszą klinikę psychiatrii w Polsce. Nie bez wpływu na lokatę pozostaje dobór kryteriów, według których dokonuje się oceny. Jeśli chodzi o nasz ośrodek i jego udział w badaniach na temat patogenezy i leczenia zaburzeń dwubiegunowych, to obok znaczenia w Polsce jesteśmy również aktywni na arenie międzynarodowej.

- Mam przed sobą amerykański periodyk medyczny o międzynarodowym charakterze i zasięgu – „Bipolar Disorders”. Jest Pan jedynym reprezentantem środkowej Europy w jego Komitecie Redakcyjnym. To chyba duże wyróżnienie dla polskiej psychiatrii?
- Chciałbym, aby tak było. W skład Komitetu Redakcyjnego „Bipolar Disorders” wchodzą profesorowie z Argentyny, Brazylii, Nowej Zelandii, Izraela, Australii, Kanady i oczywiście Stanów Zjednoczonych. Jak z tego widać zaburzenia dwubiegunowe trapią ludzi pod każdą szerokością geograficzną.

- Najlepsi w danej specjalności tworzyli onegdaj swoje „szkoły”. Czy w leczeniu zaburzeń dwubiegunowych możemy mówić o „szkole” Rybakowskiego?
- Żadnej specjalności w medycynie nie uprawia się już dzisiaj w postaci „szkoły”. Najlepsze ośrodki działają zgodnie z osiągnięciami nauki światowej w danej dziedzinie. Stosują najnowsze standardy terapeutyczne, starając się z jednej strony wnieść do nich swój własny wkład, a z drugiej promować owe standardy na różnego rodzaju konferencjach, szkoleniach itd.

- Jest Pan promotorem wielu prac doktorskich, poświęconych depresji i zaburzeniom dwubiegunowym. To jednak JEST, Panie Profesorze, „szkoła”.
Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Julitta Głęmbocka

Pragnienie śmierci w literaturze

Autor: admin
14 kwietnia 2010

Edward Stachura, Rafał Wojaczek, Andrzej Bursa, Włodzimierz Szymanowicz i Paweł Tatarewicz – pięciu poetów, którzy swoim życiem i śmiercią krwawo opieczętowali karty polskiej poezji powojennej. Różni i tak do siebie nieprzystający, odbijający się od anabatycznych strumieni czasu, młodzieńczy i dojrzali, eleganccy i brutalni, wypowiadający się z przesadną dbałością o kontekst i ordynarni – różni, ale połączeni tym samym, rosnącym w nich pragnieniem śmierci, gotowością przekroczenia ostatecznej granicy. Temu pragnieniu, które zanikało i powracało w nich jak zgaga, jak nieokreślony brak najpełniejszy wyraz w swoim pamiętniku pożegnalnym pt. Pogodzić się ze światem dał Edward Stachura. Przenosząc właściwości natury na samego siebie, tak określał to co czuł: Na dworze pochmurno. Spadł drobny deszczyk. Mało go, ale może jeszcze trochę popada. Po dwóch tygodniach bezdeszczowej spiekoty ziemia i roślinność bardzo go potrzebują. Tak jak ja spragniony jestem nie wiem czego (…).1 Rafał Wojaczek zaś obrarza owym dziwnym uczuciem wszystkich poetów: ci (…) którzy żyją z pragnienia: poeci.2 Andrzej Bursa widzi śmierć wplecioną w bolesną triadę: Głód i śmierć i strach.3 Owo pragnienei pojawiać się może także w zapowiedzi, jak u Włodzimierza Szymanowicza: Podetnę sobie żyły4, albo w wypowiadanej na głos modlitwie – jak u Pawła Tatarewicza: Boże drzewiasty/ milczący pniu/ spowity tajemnicą liści/ wchłoń mnie w wilgotną/ chłodną pierś/ ukryj przed obłąkanym/ cieniem.5 Owo pragnienie, albo jego ślad odnajdziemy także w wielu wierszach innych poetów powojennych, żeby wymienić tylko Andrzeja Babińskiego i jego znany wiesz pt. Babińskiego zabić, czy Wincentego Różańskiego z jego spowiedniczą formułą: na razie płączę i piszę panicznie/ o snach i pragnieniach.6
Pragnienie śmierci jest dla tych poetów alternatywą dla lęku i ucieczki przed myślą o ostatecznym końcu. Pojawia się w momentach dziwnych, każących patrzeć na wymienionych autorów jak na kłębowisko pierwotnych, elementarnych sił, jak na zamknięty w ludzkim ciele pierwiastek kosmicznej erozji, wiecznie powstrzymywanej entropii. Pragnienie śmierci pojawia się u nich zawsze jako przeciwieństwo, wyłania się z mrocznych otchłani, znanej od czasów najdawniejszych, a rekreowanej przez romantyzm filozofii negatywnej. Jej zręby można określić maksymą Artura Schopenhauera: Skoro więc śmierć jest końcem indywidualnej świadomości, czy rzeczywiście jest rzeczągodną pragnienia, by świadomość ta znowu zapłonęła i trwała w bezkresność?7
Poetów wymienionych we wstępie próbowano wielokrotnie i na różne sposoby łączyć, nizając na nitkę porównań tragiczne, bądź do końca nie wyjaśnione śmierci. Taką próbą ujednolicenia była także opublikowana w 1986 roku antologia pt. Kaskaderzy literatury. I choć książka tego rodzaju była potrzebna, została ona komicznie i zarazem tragicznie zniekształcona bezsensownym tytułem. Nie mogło wskazanych wyżej poetów spotkać nic gorszego . Do tego określenie „kaskaderzy” zaczęło funkcjonować w publikacjach prasowych, w szkicach krytycznych, a nawet pośród studentów polonistyki, którzy – zafascynowani etosem „kaskaderów literatury” zaczęli używać go zamiennie z takimi określeniami jak Pokolenie Współczesności, Nowa Fala czy Nowe Roczniki.
Pragnienie śmierci jako oznaka ostatecznego wyczerpania ciała i duszy, krańcowego zmęczenia życiem swój najpełniejszy wyraz znalazło w twórczości Edwarda Stachury. Niestety żaden z krytyków, jak do tej pory nie zadawał sobie trudu, by przyjrzeć się dokładnie literackiej i rzeczywistej śmierci poety, nie zadał sobie trudu, żeby umieścić jego myśli w ogólnoludzkiej, czy filozoficznej perspektywie. Nie miał Stachura szczęścia – tu i ówdzie ukazywały się sensowne interpretacje, tu i ówdzie przeczytać można było parę prawdziwych zdań o jego najprawdziwszym umieraniu i zabijaniu samego siebie. Niestety tym usiłowaniom przeciwstawić należy mechanizmy licznych literackich targów próżności. Kapłan lat osiemdziesiątych pośród tego zbiegowiska Jan Marx przedłożył czytelnikom tekst pt. Sensualna plazma, w którym metodą praktykowaną w swojej periodycznej recenzji pt. Rzeczy najgorsze, a polegającą na mnożeniu przymiotników typu: kabotyński, idiotyczny, absurdalny, sentymentalny, błazeński itp., stworzył coś na kształt wykładni psychoanalitycznej życia i twórczości Stachury. Pisał: Jego kabotyńskie „żyjąc muskam śmierć co chwilę” może istotnie nabierać w perspektywie śmierci Stachury charakteru fatydycznego, ale przecież wypowiadane serio przez młodego pisarza, mimo woli nasuwa podejrzenie o blagę. A rekwizyty tej tragedii egzystencjalnej – chlebak, gitara i kufel piwa – o rzekomym zmaganiu się życia ze śmiercią, są właściwie rekwizytami błazeńskimi.8 Zdumiewające z jaką łatwością i bezceremonialnością Marx podchodzi do tragedii Stachury, zdumiewające w jaki prymitywny sposób wypacza fakty i upraszcza, jak drwi z poety, bawi się jego przemyśleniami i wyborami: przecież nawet jeśli założymy, że śmierć Stachury była świadomym wyborem – co jest jednak wątpliwe, wyobraźnię poety bowiem od pewnego czasu zaczęły oplatać i udręczać prześladowcze urojenia – to przecież nigdzie nie jest powiedziane, że arcydzieła trzeba uwiarygodniać własną śmiercią.9 Oczywiście, że arcydzieł nie trzeba potwierdzać śmiercią, ale dlaczego zatem pisarze popełniją samobójstwa, dlaczego tak silne osobowości jak Hemingway, Gide, Witkacy, Kosiński decydują się przestąpić tę bramę? Raczej należy powiedzieć, iż filozofia śmierci miała u Stachury swój głęboki sens i swoją dialektykę. Marx nie rozumie, że choroba poety była wynikiem prowadzonego życia, wynikiem konsekwencji w prowadzeniu walki, konsekwencji w podążaniu dalej i dalej. Kpi z zapisku Stachury wchodzącego w skład jego śpiewogry o Michale Kątnym – alter ego autora – kpi w presuicydalnego wyznania: Samobójstwo, jeżeli tak się stanie, popełnię przecież z miłości do życia, a nie do śmierci. To będzie akt wierności, a nie zdrady.10 A czyniąc tak krytyk nie tylko kompromituje swoją metodę krytyczną, ale także i podejście do literatury. Gdyby tak było nie miałby sensu romantyzm, nie miałby sensu zachowania poetów młodopolskich, nie miałoby sensu poświęcenie Baczyńskiego, Gajcego, ostatni wybór Borowskiego. Wszak owo wyznanie nie występuje w twórczości Stachury samoistnie. Istnieje obok wielu afirmatywnych zaklęć chwalących życie, jest jednym ze stopni w drodze na stok urwiska. Pragnienie śmierci nie objawia się tylko w twórczości Stachury i nie jest charakterystyczne tylko dla polskiej literatury. Chodzi w nim przecież o to, co wyartykułował Edgar Allan Poe:

Mogłem kochać piękno wówczas tylko
Gdy kojarzyło się z tchnieniem śmierci.

W twórczości Stachury chodzi raczej o podkreślenie piękna i ceny życie właśnie poprzez śmierć. Poetka samobójczyni Anne Sexton pisząc w swoim pamiętniku o Sylvii Plath pelacjonuje: Podniecałyśmy się tym tematem, jakby śmierć podkreślała walor naszej egzystencji.11 Stachura z takich samych pobudek – jeśli można tak powiedzieć „podniecał” się tym tematem.
Jak już zostało wyżej powiedziane, dla omawianych poetów pragnienie śmierci jest oznaką krańcowego wyczerpania ciała i duszy. Ale nie co innego jak włąśnie polska rzeczywistość z tyloma sprzecznościami, z dłąwieniem i tłumieniem, z niemożnością wyjścia poza mit romantyczny z jednej strony, a sztywne ramy doktryn z drugiej była powodem pojawienia się całej rzeszy poetów tragicznych, którzy umierając potwierdzali, że rzeczywistość w jakiej przyszło im żyć rodzi „upiory”. Jak ze smutkiem kontatuje Czesław Miłosz: w Polsce nastąpiło spotkanie europejskiego poety z piekłem XX wieku, i to nie z pierwszym, ale bardzo głębokim kręgiem piekła.12 A znaczy to też, iż powstaje w Polsce poezja wypowiadająca uniwersalne prawdy o człowieku – doświadczenia zatem Stachury, Wojaczka, Bursy i im podobnych nabierają symbolicznego kontekstu, mówią o tym jak człowiek dwudziestego wieku męczy się, jak skręca się w sobie, jak postanawia przekroczyć ostateczną barierę. Wypowiedź Miłosza, poety, który na własnej skórze tego piekła doświadczył, każe stosować w odniesieniu do omawianych autorów narzędzia interpretacyjne najwyższej próby. Pragnienie śmierci z największą siłą objawiło się w twórczości Edwarda Stachury, ale wnioski pojawiające się w tym szkicu odnoszą się do całej piątki, a nawet szerzej do formacji powojennych poetów tragicznych. Odnosząc zatem doświadczenia i zapisy Stachury do niemieckiej myśli filozoficznej czy do doświadczeń egzystencjalistów, poświadczymy uniwersalny charakter tych przeżyć i tworów literackich.
Stachura podchodzi w swojej poezji do śmierci jak do momentu ponownych narodzin. Śmierć u niego nie ma raczej konotacji negatywnych, przeważnie wiąże się z jakimś głębokim sensem i tajemnicą głębinną. Czasem jest budowaniem: Tak mnie zabijasz/ westalko życia praktycznego/ jakbyś mnie ulubiła wyrodnego/ i tak mnie budowała ulubieńca (…)13, czasem pozostaje gdzieś w bliskiej odległości, ale nie zakłóca dobrego samopoczucia poety: O śmierci wiedziałem i nie zapominałem/ dlatego śmiałem się czysto przestronnie/ i całym sercem prędko jeszcze bijącym14, a kiedy indziej jest lubieżną kusicielką15, a w innym poemacie wyrzutem na sumieniu: winny-li-niewinny sumienia wyrzut/ że się żyje gdy umarło tylu tylu tylu16. Podobnie u pozostałych poetów – śmierć jest raczej wyzwoleniem, ucieczką i ratunkiem; ukojeniem – śnię dobrą śmierć17 powie Rafał Wojaczek i zapewne ma na myśli tę śmierć, która sercu śpiewa18. Wojaczek stale na śmierć czeka, obłaskawia ją i zaklina: Gdziekolwiek pójdę, wszędzie straszą śmiercią/ Daremną: refren, gdy piosenki brak (…)/ Kiedyś wreszcie usłyszę melodię, którą na flecie mego berła tak/ Wygra prawdziwa śmierć (…)19. Andrzej Bursa natomiast mnoży opisy zabijania, bicia, makabrycznych harców z trupami by w ten sposób kpić ze śmieci i zwodzić ją. Szymanowicz mówi o białej ciszy zgonu20, a Tatarewicz, co prawda – manifestując swoją bezradność – ubliża śmierci, ale najpierw prosi i przyzywa ją, jakby czekał na spełnienie: Czekam na Ciebie/ jakakolwiek jesteś/ Czekam na Ciebie/ stojąc w oknie/ Czekam na Ciebie w pociągu/ i pośród drzew bez liści/ Ty obłąkana/ śmierci.21 Owo przedziwne, jakże inne podejście poetów tragicznych do włąsnej śmierci nie jest tylko polskim fenomenem, bo jak powiada Artur Schopenhauer własna śmierć jest dla nas w gruncie rzeczy najbajeczniejszą rzeczą na świecie.22
U Stachury śmierć wiąże się z nieustannym udręczeniem, ale jest też momentem, w którym pojawia się wyższa świadomość. W dzienniku przedśmiertnym – Pogodzić się ze światem – w imaginowanym dyskursie z samym sobą, nie-sobą – Fabula rasa – a także w tekście kanonicznym – Oto – znajdziemy pełną wykładnię filozofii śmierci Stachury, wykładnię życia negatywnego, zdążającego ku niej:

- A chcieć żyć?
- Chcieć żyć też znaczy w efekcie chcieć nieszczęścia.
- Jakże to?
- Chcieć żyć, znaczy w efekcie chcieć umrzeć.
- Więc nie chcieć żyć?
- To jest przecież to samo. Chcieć żyć, czy nie chcieć żyć, znaczy w efekcie chcieć umrzeć.23

Ową pozorną sprzeczność tłumaczy Jeam Paul Sartre, twierdząc, iż wolność będąc wyborem jest zmianą. Ona określa się przez cel, który jest jej projekcją, to znaczy przez przyszłość, którą ona ma być. Ale właśnie dlatego, że przyszłość jest nieistniejącym jeszcze stanem tego, co jest, może ona być rozumiana tylko w ścisłym związku z tym, co jest. (…) Aby zwrócić się ku celowi, który ma dopiero nadejść, po to, aby dzięki niemu uobecnić to co jest, trzeba być już poza tym, co jest, w neantyzującym cofnięciu się, które sprawia, że to co jest, pojawia się wyraźnie w postaci układu izolowanego. To co jest, otrzymuje przeto swój sens tylko wtedy, kiedy zostaje przekroczone ku przyszłości.24. Ten przedziwny stan bycia tu i tam zarazem, bycia teraz i później, to chwila otwarcia jaźni, którą tak określa Martin Heidegger: Kiedy byt wygnie w swoją stronę/ ślad esencji ludzkiej/ i kiedy dno w jednej chwili/ jak otchłań stoi otworem (…)25. W Oto Stachura formułuje to tak: Im dalej od martwoty – tym bliżej śmierci; im bliżej śmierci – tym bliżej życia. Życia nie szukaj, albowiem życia nie znajdziesz, nim nie znajdziesz najpierw śmierci. Zatem śmierci szukaj. Ale oczywiście nie tej śmierci, którą śmiercią nazywają ludzie-Ja, ludzie-Egoiści; nie tej twardej śmierci, lecz tej miękkiej. Szukaj tej śmierci, co jest poznaniem siebie, co jest dodennym ujawnieniem skrytej świadomości, co jest całkowitym odsłonięciem się, co jest nagością, która nie musi samej siebie fałszywie się wstydzić (…). Tej śmierci szukaj. To jest jedyna prawdziwa śmierć. Ta jest początkiem wiecznie żywego życia.26 U źródła tego rodzaju pojmowania śmierci musi leżeć jakieś pierwotne pragnienie, jakaś pierwotna fascynacja śmiercią, które każą wiecznie łaknąć nicości, wolności aż do bólu i poza ból. Jak mówi Karl Jaspers: Człowiek w sobie znajduje to, czego nigdzie w świecie nie znajdzie, coś niepoznawalnego, nie dającego się dowieść, nie mającego nic z przedmiotowości, coś, co umyka wszelkiemu postępowaniu badawczemu: wolność i wszystko, co się z nią łączy. Tutaj doświadczam czegoś nie za pośrednictwem wiedzy, ale przez czyn. Tutaj prowadzi droga przez świat i nas samych ku transcendencji.27 Tak można też pojmować pragnienie Stachury i czterech pozostałych poetów – jako pragnienie-dążenie ku byciu poza kształtem, poza powłoką cielesną. To taką wolność i takie przebudzenie ma na myśli Rafał Wojaczek, gdy mówi: Bądź – i nie pytaj, jak Ci się wypłacę/ a wtedy darmo weźmiesz najpiękniejszą zdradę:/ Miłość, która obudzi śpiącą w tobie śmierć.28 I tak też pojmuje śmierć Andrzej Bursa, gdy porównuje: Karnawał/ tak do umierania/ Podobny/ Jak odbicie od postaci/ Odbicie w sali zwierciadlanej/ Gdzie się realność kształtu traci29. W tych słowach zawiera się przecież – jak powiada Schopenhauer – głębokie przekonanie o naszej niezniszczalności przez śmierć.30 W tych słowach zawiera się swoiste przesłanie i credo, z którego coś odnaleźć można w Myślach o śmierci i nieśmiertelności Ludwika Feuerbacha: Tylko przed śmiercią, lecz nie w śmierci, śmierć jest śmiercią i jest bolesna: śmierć jest jak upiór, jest tylko wtedy, kiedy jej nie ma, i nie ma jej kiedy jest. Negacja życia, która jest tylko końcem życia, wcale nie jest żywą, rzeczywistą negacją życia. (…) śmierć jest śmiercią tylko dla żyjących, a nie dla umierających; dla nich istnieje ona tylko dopóty, i tylko dopóty jest straszliwa, dopóki jeszcze nie jest śmiercią. (…) realność śmierci polega tylko na porównaniu. Porównujesz istotę martwą z istotą żywą, istniejącą jeszcze w twojej wyobraźni, i tylko w porównaniu zarysowuje ci się kształt śmierci, który przeciwstawiasz życiu jako coś odrębnego, dlatego ludzie umierają tylko pozornie; sama śmierć jest tylko pozorem, wyobrażeniem, a nie rzeczywistością.31 Zanim jednak dojdzie się do tego przekonania ma się do czynienia ze śmiercią przed śmiercią, śmiercią w obrębie życia. Także taką śmierć i takie męczarnie opisują poeci tragiczni:

(…) jak najdosłowniej umierałem i zmartwychwstawałem kilkakrotnie; jak mówiłem głosami różnych ludzi, jak dwa razy zaniemówiłem, jak bardzo było to realne, jak zostałem podzielony na lewą i prawą stronę, jak bardzo to bolało, jak zamieniłem się w pół-kobietę i pół-mężczyznę, jak bardzo było to realne, jak rozmawiałem z kimś potężnym i inteligentnym, jak błagałem o niemotę, gdy już nie mogłem mówić z nim, choć było to euforyczne; jak błągałem go, by mnie zabił, jak pomagał mi umrzeć „manipulując” oddechem moim, ustami, dziurkami od nosa i tak dalej (…).32

Stachura

było parę ciężkich dni
czułem się bardzo źle
zapadałem w smutku
a rano pękało mi serce
dziś stało się ze mną coś strasznego
wybiegłem w szale i drapałem pazurami ziemię
wyłem i tłukłem twarzą w drgawkach
rozszarpywały mnie jakieś dziwne moce33

Szymanowicz

Szedłem ulicą znużony od zgryzot
I młodość moja jak noc źle prześniona
Bladym promieniem na ulicznych flizach
Gasła splątana i nieodgadniona

Mym gorzkim słowom obrośniętym żalem
Już się herbata należy i nocleg
O przepadnij gdzieś w ulicznej dali
Z wozów hałasem i odorem ostrym34

Bursa

W ostatnich dniach listopada 1976 roku dochodziłem do kresu swego szlaku, by po ośmioletniej włóczędze stwierdzić, iż obok mnei nie pozostał ani jeden z tych, którzy w 1968 roku wyszli także na tę ciernistą drogę konsekwencji i przeszkód niebotycznych, których garb doświadczenia zniekształcił moje widzenie świata tak groteskowo i smutnie, nędznie i heroicznie, pomimo lęku – odważnie.
Spojrzałem w pustkę ziejącą ku mnie z dziury otwartych drzwi i wytrzymałem wlepiony we mnie wzrok i wypełniającej tę próżnię – okropnej ciszy.35

Tatarewicz

Była potrzeba życia, była śmierci potrzeba.
(…)
Była potrzeba wódki i potrzeba śliny,
I piłem i zarówno smakowałem mydliny.
I gdy oszukiwałem na użytek potrzeby
Życia, z oszustwem zaraz rósł rachunek śmierci.36

Wojaczek

To właśnie doświadczenia I rany powodują, że człowiek zaczyna poważnie rozmyślać o swojej śmierci – zaczyna rozważać nawet możliwość odebrania sobie życia. Jego wyobraźnia pracuje wtedy jakby na przyśpieszonych obrotach, przez jego myśli przelatują euforyczne wizje. Owo intensywne rozmyślanie o samobójstwie charakteryzuje stan presuicydalny. Nie sposób zatem przecenić roli wyobraźni inspirującego do zmiany świata, ponieważ jest ona wyrazem nowatorstwa myśli.27 Wszak nie ulega wątpliwości, iż to właśnie – jak mówi Wilhelm Dilthey – fakt śmierci skłania do fantazyjnych wyobrażeń, które mają uczynić go zrozumiałym.38 A z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, iż intensywne rozmyślanie o swojej śmierci ma też aspekt afirmatywny. Stachura nie kłamie, gdy mówi: Samobójstwo, jeżeli tak się stanie, popełnię przecież z miłości do życia, a nie do śmierci. To będzie akt wierności, a nie zdrady. Nie kłamie, gdyż wiele razy wcześniej wypowiadał tę samą pradę, ale jakby innymi słowami. Zdaje się on mieć świadomość tego, co wypowiedział Albert Camus: Nadchodzi zawsze chwila, kiedy trzeba wybierać pomiędzy kontemplacją a działaniem. (…) Te rozdarcia są straszliwe. Ale dla dumnego serca nie ma drogi pośredniej. Jest Bóg albo czas, krzyż albo miecz. Albo świat ma sens wyższy i ten sens jest ponad wszelkim ziemskim niepokojem, albo prawdą jest tylko ten niepokój. Trzeba żyć swoim czasem i umrzeć razem z nim albo ujść czasowi wybierając życie większe.39 Stachura ma tego świadomość i dlatego mówi odważnie: Jedyna nadzieja dla mnie to umrzeć. Nie jestem już z tego świata. Jedyna nadzieja we mnie to zjednoczyć się z Bezimiennym. Umrzeć w porę, to już ktoś mówił. Czy nastała moja pora na śmierć? Nie wiem, nawet tego nie wiem. Tak wygląda, że przyszła pora. Życie, to inne, to tajemnicze, to pośmiertne – magnesuje mnie do siebie, jakby wołało mnie. Widzę aż nadto dobrze nędzę i żałość tego życia (…). Widzi mi się, że sens tego życia polega dla niektórych na dojściu do tego, że to życie nie ma absolutnie żadnej wartości. Wtedy jedyną wartością możliwą staje się tajemnica śmierci (…).40 Ludzie „normalni”, ludzie „zdrowi” nie zrozumieją tych słów, uznają je za przejaw patologii. A tymczasem są to słowa cichej rozpaczy, rozpaczy pogodzonej – rozpaczy, która zdolna jest już tylko oczekiwać. I rzeczywiście należy ludzi ze szlaku konsekwencji ostatecznej żałować, trzeba im współczuć – jak powiada Camus o takich jak oni: Sam (…) wybrał czarne żelazo i bezimienny dół. Najlepsi spośród tych, co opowiedzieli się za wiecznością, czują niekiedy przerażenie – w którym jest odcień szacunku i litości – gdy myślą o ludziach, którzy mogą żyć z takim obrazem własnej śmierci.41 Ale nie można nie przyznać, że ich decyzje są wyrazem jakiejś przedziwnej wewnętrznej logiki życia, prowadzącej – co może się wydać paradoksalne – ku śmierci nagłej i niewytłumaczalnej. Być może kluczem do tego rodzaju postępowania jest specyficznie ukształtowana psychika. Jak powiada Maria Bonaparte w swojej monografii poświęconej Edgarowi Allanowi Poe’owi: Rodzaj śmierci wybierany przez ludzi, czy to w rzeczywistości, gdy mamy do czynienia z samobójcami, czy też w fikcji, gdy idzie o bohatera literackiego – nie jest nigdy sprawą przypadku, lecz zawsze jest ściśle zdeterminowany przez psychikę.42 Owo specyficzne ukształtowanie psychiki jest „wytworem” konsekwentnej drogi, bo przecież droga jest jak ciągle odkładane samobójstwo, jak ta jedna z nielicznych, może jedyna możliwość niepopełnienia samobójstwa popełnianego co krok.43 Samobójstwo autentyczne czy literackie, nie jest tylko spektakularnym gestem, nie jest próbą oszołomienia „widowni”, raczej jest postawieniem ostatniego kroku na szlaku, kroku już nad urwiskiem, kroku w nicość. Gaston Bachelard tak oto objaśnia znaczenie i wagę samobójstwa w literaturze: Wobec tego ,że w sytuacjach dramatycznych występują liczne czynniki determinujące i że działają one wówczas ze szczególną siłą – autor odsłania się najgłębiej właśnie poprzez elementy dramatyczne swej twórczości. Dramatyzm najpełniej dochodzi do głosu poprzez sprawę samobójstwa.44 W świetle wskazywanych tutaj wierszy ludzie zdecydowani odebrać sobie życie, to tacy, którzy nie chcą już dłużej czekać, gdyż czekać, to znaczy długo umierać45 – ludzie, dla których śmierć jest zjawiskiem nieodwracalnym46, ludzie, którzy mówią plujem życiem jak pestką od dyni47. To ludzie, którzy śmierć już całą w sobie przeżyli48, dla których niesmiertelność jest sprawą głupią i smutną49, to ci, w których odezwał się z niespotykaną siłą głód dziecinny50, młodość niesyta51, czas wypełniony bólem52. Ci ludzie – tak jak Edward Stachura – z przedziwną dziecinną łagodnością dochodzą do prawd ostatecznych i wypowiadają ostatnie słowa: Widzę, że w tym życiu nie ma równowagi dla tego życia. W tym świecie nie ma równowagi dla tego świata (…). A zatem gdzie jest równowaga? Nadzieja szepcze, że po śmierci 53 Dochodzą do prawd ostatecznych, a zarazem najprostszych, jakby naiwnych , dochodzą do takiego momentu w swoim życiu, gdy ich Ja nie potrafi już przeciwstawiać się wabiącej sile śmierci, gdyż wychylone już jest poza życie. Sytuację taką opisuje Theodor W. Adorno, twierdząc, że Ja nie jest niczym innym jak przeciwstawną śmierci zasadą samozachowania i że śmierć nie daje się absorbować w świadomości, która sama jest Ja. Ale doświadczenie świadomości nie potwierdza tego wystarczająco, gdyż świadomość nie zawsze w obliczu śmierci ma tę postać oporu, jakiej należałoby się po niej spodziewać54. Edward Stachura u progu swojego życia, zmęczony wędrówką, realnie ukrzyżowany na torach kolejowych 55, doszedł do kosmogonicznej świadomości śmierci – stworzył na własny użytek jej filozofię, by nie powiedzieć ewangelię. A przy tym wypowiadał prawdy z niespotykaną delikatnością, charakteryzującą osoby, które już porzuciły w myślach życie: Zaprawdę wiele, jeśli nie wszystko, wskazuje na to, że życie jest tylko doczesne. Budda, Lao-tsy i Jezus, czyli ci, których człowiek-nikt nazwał swoimi braćmi w bezimiennym Ojcu i imiennej olśniewająco czarnej mlecznej matce – nie mówią nic albo prawie nic o pięknie tego świata. W ewangelii nie ma mowy o kolorach. Lao-tsy mówi wręcz, że pięć kolorów oślepia widzenie ludzi. Jezus mówi: Stańcie się tymi, którzy przechodzą mimo. Człowiek-nikt mówi, że jako ludzie-Ja jesteśmy nieskończenie biedni, aż do śmierci, i dlatego żyć spokojnie można umarłszy przed śmiercią. To samo mówi innymi słowami: piekło jest przejściowe; bądź cichy, uczynisz je znośniejszym56. Ta wypowiedź potwierdza raz jeszcze, że Stachura nie tylko przeżył, ale też dogłębnie przemyślał wszystko to, co miało związek ze śmiercią. Jakimż krytycznym kuglarstwem są próby pomniejszenia możliwości myślowych i wiedzy Stachury. A przecież jego doświadczenia wsparte były wieloma lekturami i czytelniczymi preferencjami. Nie był on typem „zdrowego, wiejskiego poety”, a jeśli ciągle wracał do natury, to miał świadomość czym ona jest zarówno w wąskim rozumieniu, jak i w aspektach filozoficznych. Jego wiedza rozciągała się od kanonicznych tekstów chrześcijańskich, poprzez zapisy buddyjskie, aż do najbardziej wzniosłej myśli filozoficznej. Nie popisywał się on jednak swoją wiedzą, była dla niego jedynie narzędziem. Poeta ten trawił doświadczenia lekturowe i wcielał je w życie. Rzadko tylko napomykał, cytował, tak jak w przytoczonym wyżej fragmencie dziennika, tak jak w tej jego części: Kiedyś dawno, gdy byłem jeszcze Edwardem Stachurą, pomyślałem, że człowiek za długo żyje. Że powinien żyć jeden dzień jak niektóre motyle. Albo jeden rok, od wiosny do zimy. Schopenhauer mówi, że rozpatrzywszy wszystkie za i przeciw lepiej byłoby, żeby się człowiek nie urodził 57. Dla krytyków, którzy nie zadadzą sobie trudu i nie sięgną do dzieł Schopenhauera, może to zabrzmieć sentymentalnie czy kabotyńsko, ale przecież mówiąc to ma Stachura na myśli całą wykładnię śmierci niemieckiego filozofa, która jak niewiele innych, była jasna i wyrazista. Przecież Schopenhauer mówi też: Z tego, że jesteśmy teraz, wynika po dobrym rozważeniu sprawy, że musimy istnieć zawsze. Albowiem my sami jesteśmy tą istotą, która, aby wypełnić pustkę czasu, wchłonęła ów czas w siebie samą: dlatego wypełnia ona CAŁY czas, teraźniejszość, przeszłość i przyszłość w jednaki sposób, i dlatego nie możemy wypaść z istnienia tak samo, jak nie możemy wypaść z przestrzeni 58. Dlatego nie powinniśmy bać się śmierci, nie powinniśmy tworzyć mitologii śmierci, gdyż jest ona tylko zmianą powłoki. W takim kontekście człowiek i jego kształt cielesny – jak określa to Nietzsche – jest jakby liną nad przepaścią59. Toteż tyle w nas chybotliwości, tyle wahań i drżeń. Stachura i jemu podobni poeci pragną wyzwolenia z cielesności, wyzwolenia z iście diabelskiego labiryntu bólu, zwątpienia, lęku i rozpaczy. A jedyną drogą ku wyjściu jest śmierć za życia – jakby przedsionek śmierci naturalnej. Śmierć za życia, które jest już zsuwaniem się ku jedności kosmicznej. Powiada Stachura: Życie po śmierci dla tych, którzy umierają przed śmiercią – to życie wieczne60. A jest tak bo nasza istota musi tkwić w wieczności, właśnie dlatego, że czas jest jedynie formą naszego poznania: i przez tę formę rozpoznajemy naszą (istotę), jak i istotę wszystkich rzeczy jako coś przemijającego, skończonego i wydanego na pastwę zniszczenia61. To zniszczenie odnosi się tylko do powłoki. W taki więc sposób Paweł Tatarewicz – będąc jeszcze tutaj – doświadcza „tamtego” połączenia z kosmosem: To już koniec wszystkiego/ co spostrzegły moje oczy/ co mózg zanotował/ w szarych komórkach/ Jestem poza wami/ jestem ponad wami/ Wtapiam się w kosmiczną całość/ zamieniam w sopiel lodu/ I teraz płynę ku galaktykom/ w których spłonę/ w których w pył się zamienię62. Owo przejście jest bolesne, realne, choć ledwie przeczuwane. Andrzej Bursa mówi: Inaczej wyobrażałem sobie śmierć/ wierzyłem naiwnie/ że szczytowy orgazm przerażenia/ wytrąci mnei wreszcie ze strefy bólu/ Tymczasem wszystko czuję/ Widzę wsyzstko/ pozostając na prawach trupa/ beż możliwości jęku/ drgnięcia/ poruszenia się63. A dzieje się tak dlatego, iż w gruncie rzeczy jednak jesteśmy o wiele bardziej zjednoczeni ze światem, niż zazwyczaj o tym myślimy: wewnętrzną istotą świata jest nasza wola; zjawiskiem świata jest nasze wyobrażenie. Ktoś, kto potrafiłby tę jedność świata i nas uświadomić sobie z całą wyrazistością, nie widziałby różnicy między trwaniem świata zewnętrznego po jego śmierci a własnym trwaniem pośmiertnym: obie rzeczy przedstawiłyby mu się jako jedno i to samo (…). Albowiem zrozumienie niezniszczalności naszej istoty pokrywa się ze zrozumieniem tożsamości makrokosmosu i mikrokosmosu64. I to właśnie ma na myśli Stachura, gdy mówi: Naturalne krainy są trzy, gdzie życiodajnie się śpi: noc, zima i śmierć65 Tego rodzaju filozofia przypisana też jest tryptykowi Rafała Wojaczka: Piosenka bohaterów, Piosenka bohaterów II, Ostatnia modlitwa bohaterów. Autor daje w tych wierszach upust pragnieniu połączenia się, przejścia ku gwieździe, która w jego poezji jest symbolem wszechświata i wieczności. W tryptyku tym dostrzegamy jakby trzy stopnie śmiertelnego wtajemniczenia: pierwszy, kiedy to wreszcie śmierć stałą się pospolitą rzeczą,/ jadalną, jak gruby chleb lekkostrawną,/ i w usta sobie braliśmy lekko/ – kromkę rozkwitającą smakiem aż bez nazwy66; drugi, gdy w poecie rodzi się przekonanie, że musi zabrzmieć ten głos/ albo choć echo – w niebie obudzić tę gwiazdę/ by się mogła mienić/ kołyską naszej śmierci67. I trzeci, gdy w pożegnalnych słowach zawiera się także akt adoracji przesuicydalnej, gdy mamy do czynienia z modlitwą, w której wypowiadający ją zapewnia, że ci, którzy osiągnęli określony stan świadomości będą śmierci ufni, godni, będą spokojni – a doświadczając jej – będą szczęśliwi68.
Pragnienie śmierci jest stanem świadomości, a zarazem punktem dojścia. Dzieje się tak, chociaż – jak powiada Adorno – ludzka świadomość jest zbyt słaba, by stawić czoła doświadczeniu śmierci, a nawet by w ogóle przyjąć ją w siebie69. Ludzka świadomość, czyli świadomość ludzi, którzy rodzą się, wzrastają, a potem zgodnie z prawami natury umierają – żyjąc daleko od rozterek egzystencjalnych. Ale też ludzie ci wypełniają swoim życiem nieświadomie tę samą formułę istnienia, jaka wpisana jest w życie poetów tragicznych. Formułę dojścia do śmierci poprzez męczarnie ponad siły. Poeci-samobójcy buntują się już w trakcie owych męczarni i pragną jak najszybciej je skrócić. Po drugiej stronie wzgórza schodź ku śmierci normalnie – mówi Stachura – i spokojnie, a odnajdziesz dzieciństwo. Schodź ku śmierci normalnie i spokojnie. Najgorsze zostawiasz za sobą70. Dzieciństwo, czyli arkadię, czyli szczęśliwość, czyli prawdziwe istnienie. Zatem życie po śmierci jest dla tych, którzy umierają przed śmiercią, którzy umierają za życia71, pragną zaspokoić głód otwartej świadomości, którzy sakralizują misterium przejścia i jak Wincenty Różański mówią: niech wiersz będzie świadectwem urodzenia/ a akt zgonu świętością życia72. Nie będzie im jednak dane „przecisnąć” się ku innej rzeczywistości, ku innemu bytowi, w naiwnej, objawionej przez Andrzeja Bursę wierze. Wszak jak mówi Elias Canetti: Nie ma takiego gorącego pragnienia, za które nie trzeba by płacić. Ale najwyższą ceną jest spełneinie.73 To właśnie tragicznym zapisem tej ceny i tego spełnienia jest ostatni wiersz Edwarda Stachury:

Umieram
za winy moje i za niewinność moją,
za brak, który czuję każdą cząstką ciałą
i każdą cząstką duszy.
Za brak rozdzierający mnie na strzępy
jak gazetę zapisaną
hałaśliwymi nic nie mówiącymi słowami.
(…)
za tajemnicę śmierci
(…)
Z malutką iskierką ufności, że jeżeli
ziarno obumrze, wyda owoc.
(…)
Zostawiam,
życie,
bo stanąłem na początku,
bo pociągnął mnie Ojciec
i stanę na końcu i nie skosztuję śmierci.74